30 Mar

SŁYNNA "W"

Sen pod osłoną namiotu nie należał do najlepszych, najcieplejszych czy najwygodniejszych. Poza silnym wiatrem cały czas mocno padało. Materiałową pokrywą rzucało na wszystkie strony a nad ranem zastanawiałam się, jak to możliwe, że jeszcze mamy dach nad głową. Chroniący przed chłodem ekwipunek okazał się za lekki, gdyż w ciemnościach dokładaliśmy na siebie dalsze warstwy ubrań: a to czapki, a to spodnie czy polary. Zapuchnięte twarze, lekki dyskomfort higieniczny i brak przebrania. Trzeba nam było po prostu wstać, umyć chociaż buzie i zęby i witaj sproszkowane śniadanie! Podczas dłuższego pobytu w najpiękniejszym parku Patagonii, nieunikniony byłby solidny bagaż uwzględniający wszystkie potrzebne „samodzielne” gadżety. Trzeba by było jednak przywyknąć do noszenia tego „plecakowatego” domu na swym ciele.

Drugi dzień trekkingu

Komu w drogę, temu czas! Z każdym krokiem pobudzając zakwaszone mięśnie i ziewające twarze, zatrzymywaliśmy się na drewnianej kładce zarzuconej nad niewielkim strumykiem. Woda w Torres del Paine była na wagę złota, więc plusem okazało się darmowe korzystanie z dóbr natury i możliwości czerpania z tego życiowego napoju zwyczajnie nachylając się do źródełka. Bez obaw łykaliśmy mroźną ciecz. Dziś szliśmy drugą częścią odnogi słynnej „W”, obierając kierunek na „Campamento Britanico” z widokami na kolejne lodowce. Patagonia pokazywała swoje dwie strony: złą i dobrą. Zła uczyła, jak zmienna potrafi być aura w górach. Trzeba było być przygotowanym na niespodziewane załamanie się pogody, deszcz, śnieg, czy wiatr, nawet gdy szlak rozpoczynał się przy sprzyjających słonecznych warunkach. Dobra strona powiązana była ze złą, bo przy takiej zmienności pogody, natura kreowała niezapomniane pejzaże, a ze zdjęć samoistnie tworzyły się unikatowe dzieła sztuki. Mimo że dzisiejsza trasa wydawała się być mniej wietrzną, to podczas jej trwania praktycznie bezustannie padał śnieg. Było nieziemsko. Z jednej strony jaskrawo-zielone doliny opalające się w promieniach słońca, by za parę metrów podobne wzgórza spowijał śnieg. Malowniczy szlak biegł wzdłuż jeziora Skottsberg, raz pnąc się w górę, raz opadając w dół. Samoistna sinusoida stwarzała idealne warunki do przyzwoitego treningu. Gdy przed oczyma wyrosły żółtawe trawy, w tle ukazały się dwa szczyty skute lodem. Jednak i te dopiero budziły się ze snu wyłaniając swe oblicze zza chmur. Po półtoragodzinnym trekkingu Lisu uznał, że czas wracać do campu. Nie chciał przeciążać nogi.

- Lisu, nie chcę jeszcze wracać. Korci mnie, by chociaż dojść do wcześniejszego „Campamento Italiano”. Ogólnie to chciałabym zobaczyć wszystko, bo ciekawość mnie zżera, ale się nie uda, więc dobre chociaż i to. – Błagalnie spoglądałam na męża, chociaż nie musiałam, bo zawsze otwarty był na takie propozycje.

- Sarenko, wiesz, że gdybym mógł biegłbym teraz przed tobą, więc rozumiem twój zapał. Jesteś zdrowa, więc korzystaj. Pamiętaj tylko, że o osiemnastej mamy katamaran powrotny i nie możesz się nadwyrężać. Sama wiesz, jak potrafi być w górach. Idź tyle czasu, by móc wrócić tyle samo w drugą stronę. Jak za trzy godziny nie zawitasz w namiocie, wszczynam panikę! – Nie posiadaliśmy dwóch komórek, ale na wszelki wypadek ja wzięłam tą jedną, bo na polu namiotowym Krzysiek zawsze mógł pożyczyć od kogoś telefon, by wykonać próby kontaktu. Nie chciałam na wstępie zakładać jakichś niestworzonych historii, które mogłyby mi się przytrafić na samotnej przeprawie przez góry, ale zawsze wolałam czyjeś towarzystwo. Pozostałam ze swoimi myślami, oczami podziwiającymi zmieniające się jak w kalejdoskopie widoki i mp3, której planowałam użyć w drodze powrotnej. Energetyzujący baton i kanapki miałam pod ręką, a wody w Patagonii jest pod dostatkiem. Nawet jeśli trasy nie są jakoś turystycznie oblegane, raz na parę godzin chyba ktoś tędy przejdzie. Samotny trekking okazał się jednak bardzo sympatyczny i pełen niespodzianek podnoszących adrenalinę i ekscytację. Przede mną rozpościerała się ogromna, otwarta przestrzeń, gdzie krajobraz zmieniał się z każdym krokiem. Mijałam tajemniczy ciemny las, bagienną polanę, na której rzucone były drewniane mosty ułatwiające przeprawę, gdy do mych uszu dobiegł szum wody. Zza drzew wyłonił się usłany kamieniami szary brzeg a tuż przy nim rozbryzgiwała się szalona rzeka pędząca z gór. Przysiadłam na chwilę delektować się chwilą. Okazało się, że w tej dziecięcej ciekawości nie byłam sama. Naprzeciwko mnie na gałązce krzaka usadowił się mały wróblowaty ptaszek. Prawdopodobnie byłam dla niego nie lada wydarzeniem. A może liczył na jakiś ludzki smakołyk. Zapozował do zdjęcia, pokręcił główką i poleciał.

Samodzielna wyprawa

Szybki wdech i w drogę. Zegar tykał. Szłam dalej a góra nadal towarzyszyła mi swoim widokiem coraz bardziej wyłaniając się spośród chmur. Rzeka, na którą natknęłam się przed chwilą, wiła się wzdłuż szlaku i ponownie przecięła mi drogę. Wśród gąszczu wyłonił się chybotliwy mostek na linach dyndający między urwiskami. „Na moście mogą jednocześnie przebywać maksymalnie dwie osoby”. Uuu, drgnęłam z uśmieszkiem w kąciku ust. Jakoś kolejek do tej konstrukcji nie było. Ale gdy przechodziłam już nad rwącą rzeką, mostem bujnęło a mi gul stanął w gardle. Tuż za mostem wyłonił się upragniony tajemniczy camping w cieniu drzew. Rzuciłam okiem na okolicę i poszłam dalej w górę szlaku po kamieniach, wypatrując czerwonych śladów na kamieniach wyznaczających szlak czerwony. Ciężko niestety było ujrzeć te paćki mając taki wzrok jak ja. Dodatkowo okazało się później, iż znaki widoczne były tylko w jednym kierunku, w którym się udawałam. Z powrotem trzeba było zdać się na orientację w terenie albo pamięć. Minęłam parkę chilijskich czerwonogłowych dzięciołów, których dotykałam prawie dłonią, a one nic nie robiły sobie z mojej obecności. Wyjątkowo przejęte były dyskusją między sobą. A właściwie skrzekiem, albo ptasią kłótnią. On wyglądał na zajadającego się robakami, nieustannie stukając dziobem w drzewo, a ona w mniej barwnych odcieniach wrzeszczała na niego. Tak to przynajmniej wyglądało a mnie wyjątkowo rozbawiło.

Postanowiłam zawrócić, gdy tylko dotarłam do wodospadu. Kontynuacja szlaku zakładała przeprawę u jego podnóża, co wydawało się dość niebezpieczne. Wodospad rozdzielał drogę stromą przepaścią. Właściwie nie wyobrażałam sobie przejścia na drugą stronę. Nacieszyłam oczy lodowcem pokrywającym ścianę góry na przeciwległym brzegu rzeki. Ze wzniesienia, z którego rozpościerał się widok na kąpiące się w mroźnym jeziorze zielone wysepki, porobiłam parę zdjęć i podjęłam się prób powrotu do Krzyśka. Właśnie.. podjęłam się. Dziwnym trafem, czerwone oznaczenia szlaku znikły gdzieś w gąszczach przyrody, a zarys trasy rozpłynął się w kamieniach zanurzonych w wodach spływających z pobliskiego wodospadu. Szłam jak popadło, na czuja, bez orientacji. Jedni ją mają, u innych kuleje. U mnie z tym było na bakier. Zaczęłam błądzić. Byłam przekonana, że w przeciwnym kierunku cały czas towarzyszyła mi rzeka. Prawie zsunęłam się zboczem ku brzegowi, ale coś mi nie pasowało. Gdy nogi zaczęły wpadać w ukryte pod mchem dziury, potykałam się o zawiłe korzenie, przestraszyłam się. Żałowałam, że nie byłam uzbrojona w elektroniczny kompas, który w prezencie otrzymaliśmy w Polsce od znajomych, a który – na przekór wszystkiego – woziliśmy w swoim kilkunastokilowym plecaku. Na trasie nie było żywej duszy. Strach ogarnął mnie w ułamku sekundy i obawiałam się, że sparaliżuje całe ciało. Do tego wszystkiego nie wzięłam okularów. Wytężyłam wzrok jak tylko najlepiej potrafiłam i nie poddawałam się. W końcu w oddali dojrzałam jakieś postacie. Ruszyłam w ich kierunku udając, że coś wyjątkowo zainteresowało mnie w tych gąszczach. Uznałam, że lepiej wyglądać na grzybiarza niż na zagubioną ciamajdę. Później poszło już gładko. Adrenalina dodała mi kopa i mimo, że na powrót miałam mniej czasu niż sobie to zaplanowałam, z energetyzującą muzyką na uszach prawie biegłam w drodze powrotnej. Rozemocjonowana, zziajana i chętna opowiedzenia przygody Krzyśkowi, wparowałam do namiotu. Już planowałam rozpocząć jednym tchem ekscytujący monolog, gdy ujrzałam mojego męża ubranego po uszy i smacznie śpiącego. „No to co ja teraz mam zrobić? Komu mam to opowiedzieć?” – Pomyślałam sobie naburmuszona i tak kręciłam się podczas zmiany ubioru, że w końcu sam się wybudził.

Zima nadchodziła

Tak. Patagonia była zaskakująca. W swym pięknie, zmienności, tajemniczości i grozie. Nie można było lekceważyć tych cech. Zima jednak deptała nam tu po piętach i marzyliśmy o jak najszybszym zanurzeniu się w ciepłej pierzynie po jeszcze cieplejszym prysznicu. Gorąca kawa podana w drodze powrotnej katamaranem była jak sen na jawie. Liczyliśmy, że czterogodzinna podróż autobusem do Puerto Natales ogrzeje nas ciepłym nawiewem silnika. Skończyło się na nadziei. Dawno tak nie przemarzliśmy. Po Torres Del Paine trafiliśmy na ewidentne zimnoty. I o ile chodzenie po górach było przyjemnością samą w sobie, tak gdy wracaliśmy przemarznięci po dwóch lodowatych dniach i nocy pod równie chłodnym namiotem, marzyło nam się tylko ciepło. Wiedzieliśmy, że niestety Nico’s nie pozwoli nam się ogrzać, więc liczyliśmy chociaż na rozgrzewający autobus. Powrót wydawał się być obiecujący. Egoistycznie - by nachapać się jeszcze widokami Patagonii - zajęliśmy pierwsze miejsca. Potem okazało się, że już bardziej wietrznych siedzeń nie mogliśmy sobie wybrać, więc w czapkach i rękawiczkach czekaliśmy końca trasy. Przez nieszczelne okno dostawały się do środka podmuchy silnego wiatru, a między siedzeniami i z drzwi, które co chwilę otwierano na oścież, buchało chłodem. Zbliżała się noc. Telepiący się i wygłodniali trafiliśmy do hostelu, gdzie starodawnym piecykiem na gaz z płomykiem ocieplano po prędce nasz pokój. Gdy Krzysiek zobaczył ten starodawny “cud techniki”, nie mógł spać. Oczywiście było nawet ciepło, ale jak tu zasnąć z wizją przypadkowo zdmuchniętego płomyka i cichego, bezbolesnego snu bez przebudzenia? Przezornie sam wyłączył go na noc, byśmy nie zaczadzieli. I zaczęła się walka o przetrwanie... W domku z tektury w oka mgnieniu zrobiło się tak mroźno, że na nowo Krzysiek postanowił zaryzykować nieprzespaną noc, ale chociaż ciepłą. Podjął się samodzielnego zapalenia sprzętu. Niestety nijak mu to nie wychodziło. Po minutach prób mój mąż “złota rączka” uznał zrezygnowany: “Nie da się”. Uwielbiałam to stwierdzenie, ale co miałam zrobić. Przecież nie będziemy biednej kobieciny w głuchych ciemnościach budzić ze snu. W ruch poszły kalesony, przykrywanie głowy kocem a gdy i to nie pomogło założyliśmy czapki i odwróciliśmy się do siebie pupami, by chociaż grzać nerki. Po cienkiej szybie z jednej strony spływały krople nieustającego deszczu na dworze a od wewnątrz strugi skroplonej pary buchającej z naszych ust. Dobrze, że w pokoiku nie było termometru, bo sama świadomość spania w tak niskiej temperaturze dobijała. Odnosiłam wrażenie, że nawet pod namiotem w parku było nam cieplej. W hostelu człowiek najzwyczajniej w świecie łudził się, że może być cieplej.

My chcemy w tropiki!

Byłam zesztywniała i nie czułam ciała, gdy promień słońca przedarł się przez cienką szybę okna i zapukał mi w powieki. Otworzyłam oko i spojrzałam na Krzyśka. Też otworzył swoje. Uff.. przynajmniej żyliśmy. Prawie słyszałam ruszające się zawiasy stawów mojego męża, gdy podjął próbę ruszenia się z łóżka i ściągnięcia leciwej właścicielki do naszego pokoju.

- Jakoś zgasło... – Zdziwiony przedstawiał sytuację kobiecie, wstydząc przyznać się do ludzkiej słabości i strachu, który opanował nas noc wcześniej. Ta bez większych ceregieli podeszła do blaszanego pudła, popukała, postukała i... gotowe. Magia. “Domowe ognisko” zapłonęło na nowo. Nie zmieniało to faktu, że nadal spragnieni byliśmy ciepła. Czas stąd zmykać, by zmienić klimat na gorący.  W kuchni Nico’s, w tym samym i podobnie bezludnym miejscu, czekało nas pyszne śniadanie w towarzystwie argentyńskiego przewodnika Kito. Trochę czujnie tym razem sączyłam kawę, ale nikt się niczym nie zakrztusił, więc nie było strachu. Pożegnaliśmy się z domownikami pozostawiając po sobie kolejne widokówki z Warszawy. Kito zaproponował mailową pomoc w każdej sprawie, a przede wszystkim służył informacjami o górskich terenach Ameryki Południowej. Praca w Patagonii niedługo zbliżała się ku końcowi a potem pędził do Peru i równie zadziwiającej Kordyliery Białej. Ta też była na naszej trasie, więc kto wie, może spotkamy się tam za parę tygodni? Po chwili siedzieliśmy w autobusie do Punta Arenas.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.