niedziela, 29 marzec 2009

ZASKAKUJĄCY TORRES DEL PAINE

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

W Patagonii pada codziennie. Jeśli nie jest to mały deszczyk przy słońcu okraszający głowy, to na pewno spotka nas rzęsista ulewa. Mieliśmy okazję poznać te trudniejsze warunki.

W Patagonii pada codziennie. Jeśli nie jest to mały deszczyk przy słońcu okraszający głowy, to na pewno spotka nas rzęsista ulewa. Mieliśmy okazję poznać te trudniejsze warunki. Rozemocjonowani przetarliśmy o świcie zaspane oczy. W kuchni czekała już na nas równie nieprzytomna, ale wiecznie uśmiechnięta gospodyni z pysznym śniadaniem.

Pożywne śniadanie to podstawa...

Z rozrzewnieniem wspominała polskiego papieża i opowiadała o biedzie w Argentynie, skąd pochodziła. Przyszło jej zamieszkać na południu Chile, gdzie razem z rodziną prowadzili swój mały interes pod postacią tego oto hostelu. Zawsze pełne turystów miasteczko dawało pewność zarobków. Zasłuchani piliśmy kawę, czasem wtrącając jakieś dygresje filozoficzne, o ile zdolności językowe na to pozwalały. Na pewno ułatwił nam to argentyński przewodnik Kito, który również przebudził się ze snu i dołączył do miłej dyskusji. Gdy hiszpańskie jąkanie utrudniało zebranie myśli, potokiem leciały nam z ust angielskie słówka, które chłopak z mig tłumaczył załzawionej gospodyni. Krzysiek zaczął się krztusić próbując zębami wyczuć, co żuje. Kiedy z jego ust na świat wyjrzała nieżywa już szczypawka, myślałam, że zwymiotuję.

- No właśnie coś ta kawa nie chciała mi się parzyć dziś. – Zaśmiewała się właścicielka Nico’s. Chryste, gdyby mi się to przytrafiło, to umarłabym z obrzydzenia. Chociaż na samą myśl, że piłam wywar kawowo-szczypakowy, przeszedł mnie dreszcz. Brrr…

Zebraliśmy manatki, pomniejszone plecaki, które docelowo mieliśmy nosić na swych plecach podczas dwóch dni trekkingu po górach. Pozostałe bagaże zapakowaliśmy do toreb na śmieci użyczonych przez Chilijkę i wrzuciliśmy je do przechowalni hostelu. Kobieta cmoknęła kluczyk, miną pokazując, że jest u niej bezpieczny jak w banku szwajcarskim. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Tak zapakowaliśmy się na podróż, by ewentualna zguba nie łamała nam serc. Najcenniejsze rzeczy i tak mieliśmy przy sobie. Gospodyni, odprowadzając nas w samym szlafroku do drzwi dmuchnęła w powietrze, pokazując tym samym, jak jest mroźno. Kito klepnął nas w ramię życząc powodzenia i tak pożegnaliśmy się z Nico’s na dwa dni. Mieliśmy wrócić tu jeszcze na jedną noc, by potem ponownie przez Punta Arenas dojechać do Ushuaia. Niestety uroczej señory miało już tu nie być, a na jej miejsce miała pojawić się jej teściowa. Podobno równie sympatyczna i bezproblemowa.

Organizacja wyprawy do Parku

O wyznaczonej godzinie podjechał po nas bus zbierający chętnych z pobliskich hosteli. Gospodyni zadbała nawet o bilety transportowe, które zakupiliśmy u niej już dzień wcześniej. Czterogodzinna podróż kiepskimi drogami do Parku świadczyła o nawierzchni. Lekko rozklekotany autobus pędził wśród przepięknych lazurowych lagun, pożółkłych traw a gdzieniegdzie zza pagórków wyłaniały się stada lam i nandu. Gdy zmrok odsunął się na bok ustępując miejsca porankowi, mimo pochmurnej pogody, gdzieniegdzie zza chmur leniwie wyjrzało słońce. Jechaliśmy przez odludzia porośnięte dziką roślinnością. Czasem mijał nas inny autobus z turystami wracającymi z Torres del Paine. Nasz był przepełniony po brzegi. Jedni spali, regenerując siły przed wysiłkiem, inni podziwiali widoki za oknem, a jeszcze inni zaśmiewali się z atrapy telewizora zawieszonego nad wejściem do autobusu. Właściwie po sprzęcie pozostała jedynie obudowa. Według rad przewodnika dojechaliśmy do bram parku, by zakupić bilety z gratisową mapką parku i dalej, tym samym autobusem, aż do punktu, z którego przez Lago Pehoe odchodził katamaran do pierwszego pola namiotowego. Gdy tylko zjechały wszystkie autobusy dostarczając tym samym kolejnych zainteresowanych trekkingiem w tych rejonach, rozpoczęliśmy około godzinną przeprawę przez jezioro. Nowe wrażenia, bodźce i porównania, bo piękne widoki przywodziły na myśl polskie Bieszczady wyłaniające się z mroźnych wód pośród lodowców.

Ja właściwie nie lubię zimna – pomyślałam, gdy przyszło nam rozstawiać namiot wśród innych materiałowych stworów na nieustającym wietrze, przy którym mocno starałam się utrzymać równowagę. Dodatkowo nieustająco mżyło. Wilgoć skuwała ciało w sopel. Łudziłam się jedynie, że pod lekkimi goretexami zlodowaciałe członki odzyskają ukrwienie, gdy tylko ruszymy na szlak. Trzeba się sprężać, bo czas uciekał, a musieliśmy zobaczyć jak najwięcej. Na szybki posiłek zasiedliśmy w ochronionej wiatą chacie stanowiącej zarazem kuchnię pola namiotowego. Tu wyszło na jaw nasze amatorskie przygotowanie. Drewniane stoły obsadzone były grupami ludzi sprawnie przygotowujących sobie ciepłe posiłki korzystając ze składanych przenośnych kuchenek gazowych, zestawu naczyń i wszystkiego co potrzebne do wykonania solidnego, choć w dużej części sproszkowanego, posiłku. Krzysiek z równie cwaną miną wyjął z plecaka nóż i zrobił nam przepyszne kanapki.

- No i po co to całe oprzyrządowanie? Rach ciach, zrobiłem nam kanapki a po powrocie pożyczy się od kogoś zapałki, kuchenkę i zrobimy sobie zupę i herbatę. – Z wypchaną bułą buzią pakował już hermetycznie zapakowaną wędlinę i ser żółty na później.

Słynne patagońskie "W"

Lało nieustająco, gdy pierwsze kroki stawialiśmy wewnątrz bajecznego wąwozu pierwszego naszego trekkingu oraz części słynnego W (zwanej również „podwójnym U”, czyli słynnej trasy po Torres del Paine wynoszącej około 100 km oraz zajmującej około pięciu dni, lub więcej w zależności od kondycji. Jest to prawdopodobnie najcięższa, ale jednocześnie najbardziej widowiskowa trasa Parku pozwalająca poznać wszystkie najważniejsze punkty rezerwatu. Standardowo pokonuje się ją z całym sprzętem na plecach, gdyż zwyczajowo nie wraca się tą samą trasą. W „zakończeniach” litery W, na koniec dnia trekkingu, rozstawia się namiot. Możliwe jest również dłuższe i podobno bardziej nużące pokonanie trasy dookoła Torres del Paine, w około osiem dni. Niestety nie każdy ma czas na tak długi trekking. Dodatkowo zwiększają się przy tym koszty pobytu w parku i ciężaru noszonego na plecach balastu). Cel: dotarcie do pierwszego mirador (punktu widokowego) na Glaciar Grey. Perspektywa ujrzenia pierwszy raz w życiu na żywo lodowca pokrzepiała i nakręcała do ujrzenia tych widoków w oka mgnieniu. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać po swojej kondycji, a głównie reakcji nogi Krzyśka na pierwszy od paru lat tak wielki wysiłek. Jeszcze pół roku wcześniej chodził w stabilizatorze, chroniącym kostkę przed przeciążeniem. Trasa nie wydawała się jakoś wyjątkowo trudna, lecz zacinający w twarz rzęsisty deszcz uniemożliwiał podziwianie widoków i spowalniał tempo. Profesjonalny ubiór zdał test na wytrzymałość w tych niesprzyjających warunkach. W innym razie pływalibyśmy we własnych ciuchach. Brakowało jedynie wycieraczek na buzię, by klarowniej widzieć swoje stopy. Gdy deszcz ustawał, zaczynało wiać. Wąska dróżka, w której wydawałoby się mieściły się tylko gęsto stawiane stopy, była jedynym drogowskazem przy załamanej pogodzie. Po chwili w maleńkiej rynnie zbierała się woda i oczekiwałam tylko aż za parę godzin będziemy z nurtem nowo utworzonej rzeki spływać do campingu. Byliśmy szczęśliwi. Deszcz obijający się o twarz, lecący strugami po otwartych i rozradowanych oczach oraz z każdą chwilą bardziej rozgrzane mięśnie. Ciężko opisać wszystkie emocje i wrażenia, jakie wywoływały w nas te góry. Gdy tylko niebo wypuściło zza gęsto usianych granatowych chmur delikatne promienie słońca, a ulewa przeszła w lekkie pokropywanie wokół nas wyrosły widoczne groźne szczyty. Szarawe szpikulce otulone śniegiem, od którego odbijało się światło przerażały. Po drugiej stronie szlaku, jakby z bezgranicznych głębin lodowatych wód wyłaniały się potopione brązowe wzgórza, na których gdzieniegdzie wybijały ku górze zielone drzewa. Ciemne odmęty jakby przytrzymywały wzgórza coraz wyższymi falami. Urwisko porośnięte leśnym runem, dywanowo przystrajało zbocza trasy. Wśród mchowych wacikowych kępek neonową czerwienią krzyczały wszelako-kształtne kwiaty. Stwórca musiał mieć wyjątkową radość z tworzenia tu fauny. Rośliny szczyciły się owocami w kształtach kulek, dzwonków, gwiazdek czy przeróżnych figur geometrycznych. Mimo chłodu idealnie radziły sobie z przetrwaniem w patagońskich warunkach. Gdy według ram czasowych na horyzoncie miał pojawić się „Szary Lodowiec”, a my dotarliśmy do skraju wysokiego urwiska, nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam na wodzie. Brak okularów skierował mózg na wyimaginowane tory. Widowiskowo nurzające się w morzu odłamki lodowców wzięłam z początku za namioty rozstawione w jakimś nietypowym miejscu. Lecz gdy wzięłam poprawkę na mój kiepski wzrok, buzia sama otworzyła się z wrażenia. Nie mogłam pojąć, jak „zwykły” lód, biały z natury, może przybierać tak nierealistyczne lazurowo – neonowe odcienie? Po chwili euforii odwróciliśmy się w kierunku zbliżającego się miradoru, lecz w ułamku sekundy niebo pociemniało, jakby uznało, że czas najwyższy na noc a z góry jak szpikulce zaczęły zacinać gradowe naboje. Twarz szczypała od tych agresywnych kąsań, więc nie było mowy o dokładnym przyjrzeniu się Glaciar Grey, który był na wyciągnięcie ręki. Unosząca się nad błękitnym lodowcem łuna światła była majestatyczna. I ten widok musiał utrwalić się w naszej pamięci, bo zmiana aury prędko nakazała zawracać do pola namiotowego. Przyspieszyliśmy kroku, by kilkugodzinny powrót w ogóle był realny do wykonania. Szlak wiodący do innego campingu, liczył jedenaście kilometrów. My musieliśmy wrócić tą samą trasą pod rozstawiony namiot, więc nie mogliśmy pozwolić sobie na przeciążenie nieprzyzwyczajonych organizmów do pokonania ponad dwudziestu kilometrów jednego dnia. Chęć nieustającego parcia do przodu byłaby nierozsądnym posunięciem. Wiatr wzmagał się z minuty na minutę. Wracaliśmy. Ja jakbym lunatykowała we śnie. Emocje dnia wyszły teraz na zewnątrz. Krzysiek z lekkim bólem nogi kuśtykał przed siebie. Byliśmy z siebie dumni. A przede wszystkim z niego. Na szczęście na powrót trochę się ociepliło i zza ośnieżonych gór wyłoniło się słońce. Dopiero teraz mogliśmy dojrzeć, w jakim raju przyszło nam iść z rana. Żywo zielonkawe doliny odsłaniały dróżkę, którą rano pokryła rzeczka. Dookoła krzewy obradzały w soczyście czerwone egzotyczne kwiaty, a na gałęziach drzew wyrastały „pasożytnicze” stwory przypominające polską jemiołę. Im dalej w dolinę, tym bardziej przybliżał nam się lazur jeziora, nad którym rozłożone były namioty. Szum małych wodospadów rozbryzgujących się o solidne kamienie, wysokie kępy jasnozielonych traw i żywej duszy dookoła, mimo że chociażby wraz z naszym rejsem do parku przybyło mnóstwo backpackerów. Ogrom Torres del Paine pozwalał delektować się naturą w samotności.

Trudne warunki noclegowe

Zbliżał się zmrok, gdy stanęliśmy przed wejściem do namiotu. Gdy wcześniej zbadałam warunki w pobliskiej campingowej łazience, wiedziałam, że moje ciało będzie musiało jakoś przetrwać niedogodności higieniczne przez dwa dni. Kąpiel, mimo że pod ciepłym prysznicem, nie wchodziła w grę. Dookoła panował przeszywający chłód, a łazienkę stanowiły kabiny, spod których wielkimi szparami wpadała z dworu masa zimowego powietrza. Zmiana ubrań na czyste i nieprzemoczone deszczem i własnym potem była wyzwaniem. Później pędem do kuchni. Przemarznięci zajadaliśmy się sproszkowaną zupą „z kubka”, ugotowaną na pożyczonym sprzęcie gazowym, a zagryzioną bułami. Przy herbacie nie chcieliśmy się już prosić o turystyczną kuchenkę tym bardziej, że nie mieliśmy wielu kubków. Na ciepły napój skoczyliśmy do pobliskiego hotelu (z wygórowanymi cenami). Pozostało spokojnie przygotować się do snu w nowym „pokoiku” i modlić się, by noc nie dostarczyła nam nieoczekiwanych atrakcji. W maleńkiej klitce usadowiliśmy się na cienkich karimatach, które jakoby miały wytrzymać duże przymrozki. Zadudniło, dmuchnęło, dach namiotu potargał się na różne strony i zamilkł. Bez namysłu wskoczyłam we wszystkie swoje ubrania i tak opatulona na cebulę wcisnęłam się w gruby śpiwór. W podobnym zestawie leżał już koło mnie Krzysiek. Gdy tak spojrzałam na niego, wybuchłam śmiechem. Przypominał glistę. Zero członków, tylko długi szary kokon i szara czapka naciśnięta na poczerwieniałą z zimna twarz. Jeszcze na czubek głowy założył latarkę puszczającą światło na zapiski w notatniku. Chyba musiałam wyglądać podobnie, bo gdy Lisu spojrzał na mnie, również zareagował wybuchem śmiechu. Wiatr nie ustawał aż strach było wyglądać poza namiot. Odgłosy były tak donośne jakby po dworze szalała zamieć zapowiadająca huragan. Przytuliliśmy się do siebie plecami w nadziei na godziwy sen.

Wyświetlony 732 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 19 marzec 2015

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.