sobota, 28 marzec 2009

PUERTO NATALES-MIASTECZKO Z PUDEŁEK OD ZAPAŁEK

W oddali Torres del Paine W oddali Torres del Paine
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Jakim cudem straciliśmy jeden dnia podróży? Gdyby nie rozmowa telefoniczna z przyjacielem, żylibyśmy w przeświadczeniu, że w Torres del Paine możemy spędzić trzy dni. Pomyłka kosztowałaby nas spóźnienie się na cholernie drogi rejs, nad których debatowaliśmy ostatnio pół dnia. To byłoby jednoznaczne z jechaniem na koniec świata do Ushuaia na marne i nie odbycie luksusowej wycieczki.

Jakim cudem straciliśmy jeden dnia podróży? Gdyby nie rozmowa telefoniczna z przyjacielem, żylibyśmy w przeświadczeniu, że w Torres del Paine możemy spędzić trzy dni. Pomyłka kosztowałaby nas spóźnienie się na cholernie drogi rejs, nad których debatowaliśmy ostatnio pół dnia. To byłoby jednoznaczne z jechaniem na koniec świata do Ushuaia na marne i nie odbycie luksusowej wycieczki.  Nasz czas obecnie był napięty i każda minuta miała swoje znaczenie. Trochę posmutnieliśmy na myśl, że w takim cudzie natury przyjdzie nam spędzić dwa dni, ale nie mieliśmy już na to wpływu. Trzeba było zadbać, by chociaż te chwile były jak najlepiej wykorzystane.

Puerto Natales...

...stanowiło miejsce wypadowe do Torres del Paine, więc chcąc nie chcąc trzeba tu było zawitać chociaż na noc. W mojej głowie za każdym razem, przed dotarciem do kolejnego punktu na mapie naszej tułaczki, tworzył się obraz nowego miejsca, choć nie potrafiłabym tego opisać. Samoistnie albo się zawodziłam tym, co widziałam na żywo, albo obraz przerastał moje wyobrażenia zyskując zachwyt. Tym razem pierwsze wrażenie nie było przychylne. Wydawało się jakby całe zbudowane było z tektury i jedynie na potrzeby turystów zmierzających do najsłynniejszego parku Patagonii. Szliśmy wymarłymi uliczkami kolejne przecznice, do polecanego jeszcze w Pucon przez znajomych, hostelu. Wszystkie ulice wydawały się być powielane, identyczne. Po każdej stronie wyrastały pudełkowate domki, którymi wiatr targał przy większym podmuchu. Zastanawiałam się, kiedy zdmuchnie któremuś równie niestabilny dach. Krzysiek był zachwycony. Im bardziej dziko, tym stanowiło to dla niego większą frajdę. Do wymarłego miasteczka też zbliżała się zima. Chłód przeszywał kości a ja od razu zastanowiłam się, czy chociaż tu rozpoczął się sezon grzewczy w domach. Marzyłam o słońcu. Ale takim, co ugrzeje, pozwoli wyjść na zewnątrz w cienkich przewiewnych ubraniach i klapkach. A tu nie dość, że zimno, to na ulicach pustki. Potwierdziła się informacja, że było po sezonie. Turystów tyle, co kot napłakał, ale przy tym spokojniej i taniej. Chociaż jakiś plus znalazłam drepcząc tak i drepcząc.

Opustoszałe miasto

W końcu stanęliśmy przed hostelem Nico´s. W drzwiach przywitała nas uśmiechnięta pulchniejsza pani bez zęba na przedzie. Skręcone, niesforne loki dyndały na głowie, jakby dopiero co skończyła układać je lokówką. Rozejrzała się dookoła okolicy, jakby szukała jakiegoś zbira i zaprosiła do środka. Na pytanie, czy są wolne miejsca, rzuciła:

- Jesteście sami w hostelu. – I już targała nasze ciężkie bagaże w dwóch dłoniach. A my się tak nad sobą użalaliśmy, że ciężko, że plecy bolą. Chwyciła babka i niosła jak worek pierza, bez zbędnych stękań i marudzenia. W mig przeszliśmy przez cały “pudełkowy” domek przebierając w pokojach jak gwiazdy filmowe. Zdecydowaliśmy się na największy i z toaletą vis a vis naszych drzwi. Warunki na pierwszy rzut oka wydawały się lekko obskurne, ale sympatyczna atmosfera przebiła wszystko. Chyba o to też chodziło osobom, które lokum polecały. Nasz domek nie był na co dzień ogrzewany. Gospodyni dopiero na noc podpalała zapałką piecyk gazowy w pokoju, w którym rezydowali turyści. Właścicielka Nico’s, w przeciwieństwie do poprzedniczki z Punta Arenas, była bardzo otwartą i ciepłą osobą, która działała z sercem i serce oddałaby obcemu na talerzu. To się czuło. Nieistotne okazały się luksusy w kontrze z jej dobrocią. Zadbała o wszystko, jakby wiedziała bez słów, czego potrzebujemy. Po krótkiej pogawędce zarezerwowała nam poranny autobus do Torres del Paine, który miał nas odebrać spod hostelu. Wiedziała, że liczymy się z czasem, a w Puerto Natales szkoda go było tracić na marne. Wysłała nas też do sąsiada obok, który wynajmował potrzebny sprzęt górski. My potrzebowaliśmy namiotu i karimat. Z całym wyposażeniem wracaliśmy do hostelu rzucając okiem na Plaza de Armas czy Plaza Principal. W każdym latynoskim miasteczku musi być jeden albo drugi albo dwa na raz.Wynurzające się zza chmur pierwsze oblodzone szczyty gór stanowiły pokrzepiający i zachęcający widok. Już marzyłam, by stawiać kroki po tym bajecznym parku, o którym śnił niejeden miłośnik gór.

W hostelu zabraliśmy się do gotowania. Kiszki grały marsza. Gospodyni przyszła do kuchni podpalić piec, bo inaczej nici z gotowania. Powiedziała, że tu podpala się gaz idący z ziemi i to już na pewno zrozumiałam. Wyglądało jak w kuchni na polskiej wsi kiedyś. Spragnieni bomby witaminowej, zajadaliśmy się sałatką i – niestety - mniej zdrową zupką z proszku. Ponownie zaśmiałam się na myśl o kompletnie odmiennych wymysłach Chilijczyków w tym temacie. Zawsze się wtedy zastanawiałam, skąd biorą się takie wizje? My w Polsce mieliśmy ostre zupki chińskie smakujące na jedno kopyto, jednakowo, albo typowo “kubkowe” o smaku warzywnym. Ot, takie jakie jadamy na co dzień robione na naturalnych składnikach. Ponownie nawet “niezdrowa” wersja polska pomidorowej, rosołu czy grzybowej kremowej górowała nad smakami przygotowanymi przez Chile. Tu można było zjeść krem wołowy, drobiowy czy wieprzowy. Nawet warzyw nie zgranulowali. Oh, szalone tu mają gusta. Po zapychającej wyżerce trzeba było ogarnąć cały ten bałagan kuchenny. Jakby huragan przez nią przeszedł, a tak niewiele gotowaliśmy. Gdy w międzyczasie spadły na mnie trzy szczypawki, odechciało mi się zmywania. Brudną robotę musiał dokończyć nieustraszony Lisu. Co jak co, dla mnie może być syf, ale jak zobaczę robala, to koniec!

Porada przewodnika gratis!

Rozradowana gospodyni wtargnęła do kuchni, wypychając zza swoich pleców niskiego, długowłosego chłopaka. Po krótkiej wymianie zdań i, o dziwo, po angielsku wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z argentyńskim przewodnikiem po Torres del Paine. Równie przyjaźnie nastawiony i uśmiechnięty jak Chilijka przedstawił nam szybki, ale wartościowy plan szlaku. Nie trzeba było nic mówić, bo o braku koncepcji na nasze szlaki dowiedział się od korpulentnej pani. Nie mogliśmy nigdzie doszukać się opcji trekkingowych, a on raz dwa podszedł do ogromnej mapy rozwieszonej na ścianie kuchni i wskazał, co możemy zrobić. „Za frico” zaplanował cały pobyt w parku. Gdyby nie on, decyzję o wariantach trekkingu musielibyśmy na szybce podejmować po przekroczeniu bram parku, po otrzymaniu biletów wraz z konspektami i mapami po Torres del Paine. Tyle że wtedy nie było czasu na rozmyślanie, tylko kolejne podejmowanie decyzji, co dalej i wsiadanie w transport wiozący do kolejnego punktu.

W pokoju było już przyzwoicie ciepło. Trochę stresował mały płomyczek sterczący nad ulatniającym się gazem. Niebezpieczne wizje ogarnęły moją głowę. Ale szybko je odgoniłam. W końcu nie my pierwsi spędzaliśmy tu noc, a i urocza gospodyni nie miała w zanadrzu niecnych okrutnych planów. Jak tylko uspokoiłam się w związku z kosmicznie wyglądającym piecykiem, przeraziłam się niezmieniającą się na lepsze pogodą za oknem. Wiało i dudniło deszczem w blaszany dach domku. Obawiałam się pogarszających się warunków do chodzenia po szczytach. Sam fakt bycia przygotowanym na zmiany aury w górach był oczywisty, ale gdy trekking zaczynało się od takich zawirowań, wydawało się, że może być tylko gorzej. Zawinięci w śpiwory czekaliśmy ranka.

Wyświetlony 730 razy Ostatnio zmieniany niedziela, 19 lipiec 2015

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.