24 Mar

MROCZNE PUERTO MONTT

Rozejrzałam się dookoła. Terminal autobusowy w Puerto Montt przypominał na pierwszy rzut oka Dworzec Zachodni w Warszawie. Wewnątrz surowego wystroju panował zaduch. Ale bynajmniej nie od gorąca, bo i do tego miasta wielkimi krokami zbliżała się zima. W powietrzu wyczuwalny był chłód. Ciarki po plecach przechodziły od rześkiego powietrza, ale i od wyczuwalnego niepokoju. 

Na dworcu autobusowym

Ludzie jakby na szpilkach zasiadali na plastikowych, zimnych siedzeniach rozglądając się niby przypadkiem wokół własnej osi i mocno ściskając najcenniejsze rzeczy poupychane gdzieś w zakamarkach swego ubrania. Korytarzami biegały typy spod ciemnej gwiazdy, odziane w czarne skórzane kurtki, rejestrujące każdy ciekawszy dla siebie obiekt. Nieświadomi miejsca turyści w najlepsze zaczytywali się w rozkładach jazdy najbliższych autobusów, poszukiwali dobrej knajpy serwującej standardowo szybkie dania czy miejsc, na których mogliby oczekiwać na swój transport. Chwilowo ich twarze promieniały, póki nie prześledziły dokładniej otoczenia. Wtedy grymas na facjacie zmieniał się na równie poszarzały jak otoczenie, z każdą minutą baczniej obserwując biegających typków. Nie chciałam tu długo czekać na Krzyśka, który nakazał mi zasiąść przy ścianie na plecaku. On musiał szybko odszukać informacji, gdzie spędzimy dziś noc, czy jest sens tu zostawać i ewentualnie co dalej? W głowie starałam się sobie stworzyć obraz mnie samej odważnej, niewzruszonej niczym a przynajmniej niezbyt majętnej. Nie wiem, jak można by to było wyczytać z twarzy, ale prób aktorskich się podejmowałam. Czy z dobrym skutkiem? Nie mam pojęcia, bo nie miałam okazji poobserwować siebie samej. Ale co można wyczytać z gringo? Jak już tu był, to na pewno z dolarami przy pasku, nawet takim obskurnym i mało apetycznym. Kiepsko się czułam przez “kobiecość”, która niespodziewanie dopadła mnie w trakcie sześciogodzinnej podróży z Pucon (podróżowaliśmy z firmą JAC - jedną z popularniejszych linii  autobusowych w Chile w tym czasie). Myślałam, że tego nie przeżyję, ale potem zastanawiałam się, czy no-spy nie pomyliłam z aviomarinem śpiąc niewybudzona niczym podczas tej podróży. Może otumanienie chroniło mnie przed złym wpływem tego środowiska.  Terminal w Puerto Montt na pewno nie należał do ciekawych i bezpiecznych miejsc.

Czas na stacji dłużył się, choć Lisu przybył do mnie w mgnieniu oka. Znowu był jakiś naładowany energią i pobudzony. Być może spowodowała to masa żarcia, które zdążył pochłonąć w trakcie jazdy autobusem. A to empanady, a to kawa, a to lody czy owoce kupowane na każdym postoju. Ledwo otwierałam oko, by dojrzeć, co teraz zajada, po czym szłam spać dalej.

Spontaniczne planowanie

- Stąd nie dostaniemy się do Patagonii promem. Właśnie jedyny w tygodniu odpłynął wczoraj. Kolejny za tydzień. Jakoś nie widzę nas w tym miejscu tak długo. – Nie musiałam pytać, by wyczytać z jego twarzy podobne odczucia. Też miał chęć jak najszybciej stąd uciec. Ot, taka melinownia. – Jedyny plus jest taki, że stąd jest bezpośredni autobus na dół Chile, choć tak jak czytaliśmy wcześniej, przez połowę Argentyny. Ale jakie to ma dla nas znaczenie? Kolejna pieczątka w paszporcie, a i tak planowaliśmy o nią zahaczyć. Co prawda tą część kraju będziemy obserwować z okna autobusu, ale możemy zadecydować, czy warto zatrzymać się w drodze powrotnej.

- Może to i dobrze? Zobaczymy Ziemię Ognistą... – Mój głos wchodził na coraz bardziej podekscytowane tony. Już się we mnie gotowało z niecierpliwości, aż to zobaczę. Wizje roztaczały się w głowie przeogromne, mimo że nie widziałam jej wcześniej na żadnych zdjęciach. Przejechanie przez teren magicznej z nazwy krainy wydawał się nierealny. To się działo naprawdę.

- A tak w ogóle, to wszystko w porządku? Nikt cię nie zaczepiał? Niezbyt tu ciekawie. Chodź, na zewnątrz wisiały ręcznie pisane ogłoszenia hostelowe. Czy może przejrzałaś po prędze oferty przewodnika? – Nie zdążyłam odpowiedzieć, gdy nie wiadomo skąd, spod ziemi wyłonił się jakiś Chilijczyk dobrze mówiący po angielsku. Mimo wszystko nie było standardem, by w Chile dobrze władano obcym językiem. Mówił rozważnie i nie wyglądał podejrzanie. Spojrzeliśmy na siebie i za chwilę siedzieliśmy z jego dziećmi w samochodzie w drodze do jego hostelu. Kilkuletnie gaduły towarzyszyły ojcu w pracy siedząc na honorowych siedzeniach w bagażniku samochodu. Jechaliśmy szarymi ulicami Puerto Montt coraz bardziej pnącymi się ku górze. Niezbyt przychylne pierwsze wrażenie, jakie wywarło na nas miasto, powoli nabierało głębi kolorów. Mężczyzna bardzo zaangażował się w opowiadanie o swoim domu, okolicy i atrakcjach miejsca. Wydał się bardzo skromny, uczciwy i dobry. Od razu smutno zrobiło mi się na sercu, że przez jedną noc nie damy mu wielkiego zarobku, a Puerto Montt jest po prostu kolejnym przejezdnym punktem na naszej mapie. Jemu wystarczyła nawet ta krótka chwila wśród turystów, a nam moment, by zapamiętać go na zawsze, mimo tak wielu rozmaitych zdarzeń, które miały nas spotkać później. Potraktował nas jak bliską rodzinę, dawno niewidzianego przyjaciela, czy po prostu kogoś, komu bardzo chciał pomóc. Niezapomniana serdeczność. Czarnowłosy niski Latynos o ciepłej twarzy zaproponował, że podwiezie nas następnego dnia na autobus zmierzający do Punta Arenas. Bo to była, jak się okazało, jedyna opcja dostania się tam teraz a autobus miał nas wieźć ponad trzydzieści godzin. Tylko się pochlastać..

Mercado de Mariscos

W hostelu wskazał klimatyczny pokoik na poddaszu, zagadując, że koniecznie musimy chociaż zobaczyć najsłynniejsze restauracje na wodzie oferujące niezapomniane smaki owoców morza. “Skoro jesteście tu tylko na noc, to musicie tam pojechać!” – Jak katarynka opowiadał o opcjach dojazdu, skąd łapać taksówkę, jaki jej numer i koniecznie nakazał zachowywać ostrożność o zmroku. Wygrzebał z notatnika numer knajpy znajomej, w której koniecznie musieliśmy spróbować rarytasów jej kuchni i wyśmienicie przygotowanych potraw z owoców morza. W wielkim drewnianym budynku na palach roiło się od restauracyjek bez nazwy, a dla laika różniły się tylko numerami.

Za radą gospodarza, wzięliśmy colectivo (chilijską taksówkę) do Mercado de Mariscos (marketu rybnego) umiejscowionego tuż przy porcie. Kutry właśnie wyładowywały swój połów. Zbliżał się zmrok a ostatnie promienie słońca rozgrywały barwne show na niebie. Spokojniejsze już fale przynosiły na brzeg zapach soli i ryb. Sporych rozmiarów plac odgrodzony był od drogi szlabanem. W budce wjazdowej nikt już nie siedział. Market, tak jak opisywał właściciel hostelu, stał na drewnianych balach zanurzonych w połowie w wodach portu. Drewniane ściany marketu pomalowane na jaskrawo czerwony kolor kryły się pod spadzistym czarnym dachem. Miejsce przypominało taką bezpieczniejszą wersję chatki Baby Jagi. Na parterze sprzedawano surowe ryby i owoce morza czy też inne chilijskie wyroby. Drewniane stoiska suto nakryte były soczystymi świeżymi serami białymi, słoikami dżemów własnej roboty i najróżniejszymi suszkami ziół. Przy innych właśnie wyładowywano kolejne tusze rybne czy potężnych rozmiarów kalmary, krewetki i ośmiornice. Zadaszone stragany powoli kończyły swój dzień pracy. My zmierzaliśmy ku górze, bo właśnie na piętrze roiło się od knajpek. Miejsce miało właściwą sobie nazwę, bo jak na rynku nawoływano klientów do wejścia do restauracyjek. Każdy punkt, poza klimatycznym wnętrzem, wystawiał przed swymi drzwiami stoliki nakryte ceratą, gdyby w środku zabrakło miejsca. Chwilowo klienteli zbrakło, stąd walka o naszą gościnę odgrywała się tu nie bez powodu. My jednak zmierzaliśmy do z góry wybranej knajpy poleconej przez gospodarza Ancriben Hostel.

Kuchnia chilijska

Siedzieliśmy w ciepłym i przytulnym pomieszczeniu z marynistycznym wystrojem. Na drewnianym oknie marzycielsko stała zapalona mała latarnia w otoczeniu ususzonych owoców i liści. W brzuchach niemiłosiernie burczało, głód dawał się we znaki, a my kolejne minuty spędzaliśmy na wertowaniu kartek menu. Na nowo udziwnione nazwy niewiele nam mówiły, nie znajdując odpowiednika polskiego jadłospisu. Nie mieliśmy zielonego pojęcia o typowych chilijskich rarytasach, poza tymi zareklamowanymi przez Suzannę. Zdążyliśmy jednak przyzwyczaić się do dziwnych kombinacji kulinarnych Chile, więc bezpiecznie zdecydowaliśmy się na plato de todos, czyli taki talerz wszystkiego i jakieś ciasto z owocami morza. Już po paru dniach pobytu w tym kraju zauważyłam, iż w kuchni rządzili się tu dość nietypowym poczuciem smaku i miksowania różnych – według mnie niepasujących do siebie - produktów. W żadnym innym miejscu na świecie się z tym do tej pory nie spotkaliśmy. Talerz wszystkiego, zamówiony przez Lisa, okazał się być faktycznie zbiorem różności. Jego zaciekawiona mina mówiła wszystko, a dokładnie: „Co to, do diabła, jest??”. Pośród małż wyłaniały się kawałki mięsa wołowego z kiełbasą. Ciężko nawet było określić dokładny tego zapach. Ot, taki mix rybno – mięsny dla niezdecydowanych. Dodatkiem nietypowego dania były placki wyglądające na polskie kołduny, choć w wersji spłaszczonej i lekko podsuszonej.

Nad moją potrawą unosiła się mgiełka zapachu. Jasna paćka przypominająca nieupieczone do końca ciasto z zaciekawieniem spoglądała z kolorowego naczynia żaroodpornego. Na pewno było to zapiekane, ale nie mogłam dopatrzeć się w niej owoców morza, które miały tam być na pewno. Smak również stanowił nie lada zaskoczenie dla podniebienia. Rybny akcent wydawał się być kompletnie zmielony i zanurzony w jakimś cieście, które gdzieniegdzie przybierało słodkawy smak. Po chwili degustacji przywykłam do odmienności potrawy i uznałam ją nawet za ciekawą.

- I jak? – Zapytałam nadal z niepewną miną Krzyśka, zupełnie oswajając się ze swoim rybnym ciastem.

- No tak, jakbym z jednej strony jadł wszystko z innego gara, a z drugiej małże smakują jak mięso a mięso pachnie rybą. Trochę udziwnione. Zastanawiam się tylko, czy moje małże strawiły do końca głony? – Faktycznie, spod czarnych skorupek wyłaniały się zielone wstążki wacikowatych roślin.

- Glony mają sporo wartości odżywczych a ich skład w kosmetykach podbija cenę produktu, więc może pozostawienie ich w daniu było celowe? – Po chwili już razem zaśmiewaliśmy się do rozpuku. Dobrze, że nietypowość rarytasów zapiliśmy lampką chilijskiego wina. Mimo chęci podejmowania się prób degustacyjnych, za każdym razem odczuwaliśmy niesmak, gdy przychodziło do płacenia. Z każdą taką chwilą portfel zdecydowanie się uszczuplał, mimo braku stuprocentowej satysfakcji z posiłku. Złość trzeba było jednak odstawić na bok, tłumacząc sobie konieczność rozwoju również kulinarnego.

Prawie jak w domu

Nastał nowy dzień w Puerto Montt, choć w tym mieście dość ospale i zapłakanie. Za oknem zadaszonego pokoju hostelu unosiła się mgła, przez co wydawało się być ciut zimniej niż w rzeczywistości. Po szybach spływały stróżki deszczu. Szare to miejsce. Ale jakby by to było, gdyby nie nasz kochany gospodarz?  Gdy wyspani zeszliśmy na śniadanie wliczone w cenę pokoju, zaniemówiliśmy. Posiłek przeszedł nasze oczekiwania. Dlaczego oni w tych restauracjach podają takie porąbane dania, gdy można normalnie i ze smakiem jak nasz Chilijczyk? Ciepłe pieczywo pachniało już u progu jadalni.  Wybór w wędlinach, serach i dżemach był przeogromny. A jakby tego było mało, każdy dostał świeżo wyciskany sok z pomarańczy, kawę, herbatę i po kawałku ciasta. Wypełnione po brzegi usta nie ustawały w rozmowie z właścicielem o wszystkim. Opowiadaliśmy o naszym kraju, podróży i o pierwszych odczuciach związanych z Chile. Odchodząc od stołu pękaliśmy w szwach od przejedzenia. Zachwyceni standardem i niesamowitą gościną gospodarzy, podarowaliśmy im widokówkę z Warszawy z podziękowaniami. Uradowany Chilijczyk powiesił kartkę w widocznym miejscu hostelu. Z łezką w oku podwoził nas na autobus do Punta Arenas. Dziś czekało nas przekroczenie granicy z Argentyną.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.