23 Mar

PARK NARODOWY HUERQUEHUE - PRAWIE JAK DŻUNGLA

Wkroczyliśmy do krainy bajki niczym z “Alicji z Krainy Czarów”. Dotarliśmy do najpiękniejszego tutejszego Parku Narodowego Huerquehue znanego właśnie z dżunglowych widoków, dość wysokich szczytów i przepięknych lagun. Do “bajki” dotarliśmy porannym, podmiejskim busem. Gdy wiejskie serpentyny pięły się coraz wyżej, wiedzieliśmy, że szlaki dadzą nam popalić.  Dwugodzinna, stroma trasa tuż po przekroczeniu bram parku miała doprowadzić do wielu magicznych jezior. Krajobraz z każdą minutą zadziwiał coraz bardziej, poczynając od mrocznych zacienionych  przejść wśród lian, drewnianych mostków zarzuconych nad seledynową rzeczką, drzew z tajemniczymi schowkami wewnątrz odpadającej kory czy zwalonych potężnych pni pozostawionych na pastwę losu. Wszystkiemu wtórowały anielskie okrzyki i świergoty ptaków, oraz niesamowite zapachy zieleni. W moim odczuciu wyczuwalne były nuty bazylii i oregano. Gdy tylko las odkrywał nam uroków rozległej przestrzeni, ku naszym oczom pojawiały się laguny z lotu ptaka. W tle zawsze majaczył Vulcano Villarrica. Zlani potem, w panującym zaduchu powietrza i gorącu dnia, nie przestawaliśmy się wygłupiać wykorzystując zakamarki parku. Gdy jedno choć na chwilę odwróciło wzrok od drugiego, to pierwsze chowało się oczekując na dobry moment na zaskoczenie okrzykiem “Bu!”. Wchodziliśmy w wielkie drzewne dziuple, chwytaliśmy się spuszczonych z nieba lian albo dźwigaliśmy zarzucone na szlak tajemnicze drzewa.

Wśród lagun

W końcu doczekaliśmy się pierwszej laguny. Było to Lago Chico (czyli inaczej małe jezioro) i mimo niewielkich rozmiarów posiadał dużą gamę kolorów zieleni, błękitu, na które gdzieniegdzie padały promienie słońca. Kolejnym była Laguna El Toro, przy której zajadaliśmy się drugim śniadaniem i raczyliśmy się słonecznym dniem. Otaczała nas przyjemna cisza, szum delikatnie falujących wód jeziora i odgłosy ptaków. Byliśmy sami, co dziwiło biorąc pod uwagę fakt, że z autobusu wysiedliśmy w sporym towarzystwie innych turystów. Co godzinę z pewnością docierali kolejni, ale ogrom parku powodował, że mimo to natura dawała odczuć swoją dzikość niesplamioną cywilizacją. Czas biegł nieubłaganie, więc trzeba nam było zbierać się ku wyjściu, by zdążyć na ostatni autobus do Pucon. Krzysiek narzekał jeszcze na pobolewającą kostkę, więc nie chciał nadwyrężać jej przesadzonym spacerem. A że mi było mało, rozdzieliliśmy się przy ostatnim jeziorze, by po ustalonym czasie spotkać się w umówionym miejscu. Krzysiek szedł swoim tempem, a ja biegiem dążyłam do kolejnej laguny. Ciekawość nie dawała za wygraną. Falistymi, zacienionymi dróżkami wśród egzotycznych zarośli dotarłam do „zielonej laguny”, czyli Laguna Verde. Faktycznie wydawała się taka jakaś zieleńsza. Oczko wodne otaczały drzewa, z których gałęzi spadały tajemnicze wici poplątanych zielonkawych wat, z innych znowu palmowatych wyrastały kępy kolczastych liści. Lago Verde wydawało się być takie niedostępne poprzez ogrodzenie ściśniętych ze sobą krzaków i kniei. Próbowałam stawać na palcach, by choć trochę dojrzeć jego ogrom. Coraz bardziej nasycając się odgłosami parku, zaczęłam wracać w stronę Krzyśka. W oddali skrzeczały mi nad głowami stada papug a na paru drzewach dojrzałam parki dzięciołów z wyjątkowo czerwonymi główkami. Byłam jak w zegarku, więc Lisu nie zdążył się zaniepokoić. Szliśmy tak aż do kolejnego rozwidlenia, na którym stała tabliczka wskazująca kierunek do znajdującej się w pobliżu kaskady. Ponownie wybłagałam u męża czas i biegiem pędziłam do małego wodospadu. Tajemniczość nijak nie chciała stąd odejść. Po plecach przebiegł mnie dreszcz. Wydawało się strasznie. Nie ustając w swym biegu rozglądałam się po bokach, czy coś mnie nie goni, bądź chociaż obserwuje. Tego trudnego nie byłam pewna. Po drodze nie było żywego ducha. Na miejscu wodospad okazał się zaledwie strumyczkiem spadającym z potężnych skał. Można się było tego spodziewać, gdyż w Chile panował obecnie suchy sezon, więc i wód w wodospadzie było mniej.

W autobusie powrotnym do miasteczka odczuliśmy wpływ trekkingowego dnia na naszych kościach. Bolało wszystko, od palców u stóp, poprzez pięty aż do kręgosłupa. Biorąc po uwagę fakt, że ostatnio w ogóle się nie oszczędzaliśmy, sumarum różnych atrakcji wysiłkowych wyległo nam na zakwasy całego ciała. Żegnaliśmy Huerquehue widziany jeszcze przez okna pędzącego transportu, wspominając miłe uwieńczenie przyrodniczego dnia. Tuż przed dotarciem do końca szlaku, w przydrożnej rodzinnej knajpce smakowaliśmy aromatyczną fusiastą kawę serwowaną ze szklanej zaparzarki. Między nogami krzątały się wyjątkowo “rodzinne” kury. Odważne kręciły się koło stolika w nadziei na jakiś smakołyk. Robiły turystów na “psie oczy”, równie wytrenowane w tym jak z natury mądrzejsze czworonogi. Nie tylko one były nami zaciekawione. Zza drzewa od jakiegoś czasu przyglądał się nam indiański maluch. Jak nie biegał w te i we w te za rodzicami, skupiał się na obserwacji nieznajomych.

Wyprzedzić zimę

Czas uciekał a zima nadchodziła nad Chile wielkimi krokami. Słychać już było echo tupotu jej stóp. I o ile nie oszczędzaliśmy się w tempie podróży od samego początku, tak nadal zima deptała nam po piętach i trzeba było jeszcze bardziej przyśpieszyć. Jeśli marzył nam się jeden z piękniejszych parków narodowych świata, a do tych z całą pewnością należało Torres Del Paine, trzeba było jak najszybciej tam dojechać. Od Arktyki najbardziej wiało chłodem i tam najszybciej pojawiał się śnieg utrudniający przedzieranie się po drogach południa kontynentu, a tym bardziej trekking po trudniejszych z tytułu gorszych warunków atmosferycznych, szlaków tego cudu natury. Co prawda w górach trzeba było być przygotowanym na każdą aurę i możliwość załamania się pogody, ale gdy zaczynało się od śniegu, wiadomo było, że może być tylko gorzej, a na pewno zimniej.  

Z, oddalonego o parę godzin drogi od Pucon, Puerto Montt organizowano około czterodniowe rejsy wycieczkowe do tego skrawka kraju. Była to jedyna z opcji dotarcia do południa Patagonii prowadząca przez Chile. Niestety chilijskie drogi lądowe nie prowadziły na południe. Odbywające się raz w tygodniu wycieczki oceaniczne statkami kluczącymi po usianym wysepkami wybrzeżu Chile, powoli kończyły swą pracę w tym sezonie. Być może wody obkuwały się lodem, czy też stawały się bardziej niebezpieczne. Tak czy inaczej oceanem nie można było w pewnym momencie tam dotrzeć. Drugim minusem była porażająca cena, nie na naszą kieszeń. W Pucon nie potrafiono podać ostatnich terminów rejsów ani ich cen. Na anglojęzycznych stronach internetowych kursującego “Navimag” doczytaliśmy się wysokich kwot, a dodatkowo kajuty trzeba było rezerwować z wyprzedzeniem. Plusem albo przynajmniej unikatem był fakt miejsca, w którym mogliśmy poddać się rejsowi. Lodowcowe pejzaże były gwarantowane. Pozostało nam opuścić ciepłe, westernowskie gniazdko i zjechać do dobrego punktu wypadowego w inne części kraju, a było nim Puerto Montt. Ten punkcik na mapie miał swój port i z niego organizowano owe rejsy. Miał nam również zapewnić alternatywę do morskiej przeprawy. Drugim sposobem dotarcia do parku była ponad trzydziestogodzinna podróż autobusem po wybrzeżu Argentyny, kończąca się ponownym wjazdem na tereny Chile od strony Punta Arenas. Miasto wydawało się być najbardziej ucywilizowanym miejscem Patagonii.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.