22 Mar

DZIEŃ W SIODLE

W Polsce, w trakcie naszych przygotowań do podróży, Krzysiek zlokalizował gdzieś na chilijskiej stronie internetowej ofertę kilkudniowych wypraw w siodle. Jego marzeniem była przygoda niczym z dzikiego zachodu, w kowbojskich kapeluszach, ostrogach zdobiących buty, w wytartych dżinsach, źdźbłem trawy w zębach i wiatrem we włosach podczas ujeżdżania niesfornego rumaka. Wyjątkowo  podekscytowała go wizja jazdy konnej po chilijskich bezdrożach, połączona z biwakowaniem, zaznajamianiem się ze zwierzem, jak i osobiste dbanie o niego każdego dnia. Spójność z naturą gwarantowana. Nie dość, że doskonalisz jazdę na koniu, to jeszcze uczysz się, jak się z nim obchodzić. Taki stuprocentowy właściciel na parę dni. Ze względu na bardzo spontaniczny charakter naszej wyprawy, nie zdecydowaliśmy się na rezerwację atrakcji jeszcze z Polski. Strony www mówiły, że na miejscu, jeśli tylko zbierze się odpowiednia grupa, zorganizują wycieczkę szybko i bezproblemowo. A że nigdy nie jeździliśmy na koniach a próby w Chile i tak chcieliśmy się podjąć, zapisaliśmy się na parę lekcji w jednej ze szkółek jeździeckich. Później się okazało, że niepotrzebnie, bo przynajmniej w moim przypadku odniosło to odwrotny skutek od zamierzonego. “Bon ton” warszawskiej szkółki odbierał jakąkolwiek radość z kontaktu z tym zwierzakiem. “Tak nie można siedzieć, lejce trzymaj dwa centymetry wyżej, nie w lewo, ciut w prawo, nie tak stopy..”. I tak w kółko, a koń i tak nie reagował na moje komendy. Sztywno, drętwo i stresująco. W ostateczności złapałam poważną blokadę do, z wyglądu, przyjaznego konia. Krzyśkowi poszło łatwiej, lecz mimo to “korepetycje” również uznał za odstraszające niż zachęcające. Z takim właśnie stresem przyszło mi zdecydować się na tę wycieczkę. Nikt mnie do tego nie zmuszał, ale sama chciałam spróbować prób nauczycieli na innym kontynencie w tym temacie, by nie żałować. Otwarta przestrzeń z jednej strony przerażała, a z drugiej ekscytowała. 

Bez sztywnego planu

Poranek okazał się bardzo aktywny. Zakupy w supermercado, obdzwonienie znajomych i orientacja w cenie pralni. Trzeba było uporać się z tymi “formalnościami” do południa, bo wtedy to ruszała nasza “końska eskapada” trwająca do wieczora. Niestety kilkudniowa wyprawa na czworonogach odpadała z braku zainteresowanych. No trudno. Zresztą mi kamień spadł z serca, bo gdyby po dniu okazało się, że to nie dla mnie, to co wtedy? Stracone pieniądze? Smutek Krzyśka?  Tego dnia zmienialiśmy lokum na prywatny dom gospodyni Valencii. Wieczorem do Pucon przyjeżdżała grupa przyjaciół, która zapałała chęcią mieszkania na jej posesji i dodatkowo pod jednym dachem, by raźniej było. Tylko obecny domek, w którym obecnie mieszkaliśmy, spełniał warunki pomieszczenia wszystkich gości. Dla nas nie było to żadnym problemem, tym bardziej, że większość ekipy, z którą zaznajamialiśmy się zeszłego wieczoru, opuściła miasteczko. Na nowo nikogo nie znaliśmy. No, może zostały jakieś tam jeszcze dobitki. Wymiana dała mi gratisowo internet pod nosem i pralnię u przyjaznych Chilijek. “Po co macie szukać pralni na mieście, jak wszystko możecie poprać u nas za darmo?” – Jak zwykle z niczym nie robiły problemu.  

Wydawało się, że dni mijały spokojnie, poza zaplanowanymi wydarzeniami, a jednak ciągle coś się działo i dawało do myślenia. Zasiedliśmy na popołudniowej kawie w ogrodzie hostelowym przy starym drewnianym stole. Ten przed domem gospodyni był wyjątkowo romantyczny. Z każdej jego strony buchały fontanny winorośli, tworząc magiczny zakątek, w cieniu którego można było skryć się przed ostrym słońcem. Teraz nie było już tak gorąco, ale inne stoliki były już obsadzone pozostałymi domownikami. Koło nas pozostały jeszcze dwa miejsca. I te szybko zajęto. Dosiadło się do nas dwóch mężczyzn. Jak się później okazało – ojciec z synem z Izraela. Tworzyli dość wybuchową mieszankę, a to co chwilę się sprzeczając dość energicznie, a to śmiejąc, “szprechając” przy tym w niezrozumiałym nam języku. Z gestykulacji tych “darmowych aktorów” wywnioskowaliśmy, że dyskutują prawdopodobnie w związku z podróżą. Wertowali przy tym kartkami map, które wzięli ze sobą do ogrodu. Młody znudzony pouczeniami ojca, zagadał nas ni stąd ni zowąd o to, skąd jesteśmy, co robimy w Chile i o cokolwiek, co przyszło mu do głowy. Krótkie zdania przerodziły się w długą konwersację. Choć na początku może był to bardziej monolog nowego kolegi. Chłopak od siedmiu miesięcy samotnie podróżował po Ameryce Południowej. W tym czasie dolatywali do niego znajomi z kraju bądź rodzina. Takim o to sposobem od paru dni włóczył się po innym kontynencie z ojcem. Okazało się też, że wcale się nie kłócili, ale dość spektakularnie wyrażali swoje emocje i racje.  Izraelczyk miał spore doświadczenie w tułaniu się po świecie i chętnie dzielił się wskazówkami, dawał rady i usilnie namawiał do odwiedzenia paru punktów na mapie. Przede wszystkim skupił się na dwóch kwestiach.

- Nie udało się wam wejść na Villarica? – nie dowierzał. – Przecież tam chyba wszyscy weszli. Jakaś dziwna ta wasza agencja. Ja bym na waszym miejscu spróbował jeszcze raz któregoś dnia, ale z innym biurem. Możecie później żałować, że tego nie zaliczyliście do końca. Widoki są porażająco piękne. Przy kraterze trzeba ostro trzymać równowagę, by do niego nie wpaść, bo niczym nie jest ogrodzony, a jest dość wąsko. A powrót z wulkanu przez śnieżny odcinek dodaje adrenaliny. Dawano nam folie, byśmy zjeżdżali na nich w dół jak na sankach. Koniecznie spróbujcie! – Tyle, że sam wyczyn kosztował sporo chilijskich pesos, a z naszym szczęściem znowu mogliśmy nie dojść do krateru. Nie powiem, dodatkowe opisy i namowy bardzo mnie zachęciły, ale czas biegł, pieniądze były spore, więc uznaliśmy, że nie ma co.. Ale nic mu nie mówiliśmy, bo był strasznie nakręcony tym namawianiem. Gdy skwitowaliśmy zdaniem “No to zobaczymy”, szybko zmienił temat i przeszedł na kolejne namawianie. Zastanawiałam się, czy nie zaczął w okolicy dorabiać jako przewodnik po regionie. - A w Parku Huerquehue byliście? – Chryste, co to jest? Nawet nie powtórzyłabym nazwy. Po minach wiedział, że nie mamy pojęcia, o czym mówi, więc wyjął mapę, przy której tak zawzięcie dyskutowali z ojcem. – To tutejszy Park Narodowy. Warto tam spędzić cały dzień, bo pejzaże wśród błękitnych lagun nie do opisania. My już tam byliśmy, śmieci nie wozimy ze sobą, więc weźcie tą mapę, by sobie przemyśleć plan dnia według rozrysowanych szlaków i jeźdźcie tam koniecznie, skoro już tu jesteście. – Nie przestawał trajkotać. – Nic nie trzeba rezerwować w agencjach, bo zedrą dodatkowe pesos. Pójdźcie na małą stację autobusów z rana i kupcie bilet w jedną i drugą stronę. Powrotny jest najpóźniej o siedemnastej, więc tak sobie wszystko zaplanujcie, by zdążyć na powrót. Potem może być ciężko. – Właściwie zaplanował nam kolejny dzień, bo o istnieniu parku faktycznie nie mieliśmy pojęcia, choć o nim prawdopodobnie rozmawiali wcześniej nasi domownicy. Teraz skojarzyliśmy fakty. Oni też byli nim zauroczeni.

Tym sposobem docierały do nas informacje o nowych magicznych miejscach. Apetyt na podróżowanie rósł coraz bardziej. Zastanawialiśmy się, czy po tych paru miesiącach tułaczki będziemy pragnęli ją kontynuować czy też z utęsknieniem będziemy wracać do Polski i do bliskich. Miałam wrażenie, że każda nowa destynacja, tak zawzięcie reklamowana przez poznanych na drodze ludzi, wydłuży ją o kolejne miesiące. Jednego dnia dowiadywaliśmy się o jakimś niesamowitym punkcie na mapie, o którym słyszało się jedynie z filmów czy opowieści, a po chwili samemu się stało w jego centrum. Pokusa była ogromna.

Chilijskie konie

- Okej, czas się zbierać. – Poklepałam Krzyśka po ramieniu wskazując zegarek, na którym dochodziła piętnasta. Za chwilę podjeżdżał po nas bus na wyprawę z końmi. Podziękowaliśmy Izraelczykom za tyle niusów i uprzejmą konwersację, zapewniając, że z parku na sto procent skorzystamy a wulkan przemyślimy.  Tylko oddaliliśmy się w celu dopakowania bagaży, jak za naszymi plecami dyskusja ojca z synem na nowo rozgorzała.

Pędziliśmy w kierunku Ojos de Caburga, do którego do tej pory zapuszczaliśmy się tylko na rowerach. W aucie siedział już nasz przewodnik Jade z Argentyny. Bardziej wyluzowanej osoby nie mogłam sobie wyobrazić. Właściwie, jak się na niego tylko spojrzało, to słowo, które przychodziło do głowy, to “luz”. Właściwe nawet samo patrzenie na niego jakoś tak człowieka uspokajało. Czarne, długie, kręcone włosy związane w kitę, luźne ciuchy i trapery oraz zmącony i przytłumiony wzrok, to cały Jade. W busie, poza nami, siedziała jeszcze tylko jedna uczestniczka wyprawy – Karlin z Izraela. Ona też na pierwszy rzut oka bardzo sympatyczna, a po chwili okazała się również niezłą gadułą. Jakieś szczęście mieliśmy do nowo poznanych osób. Jeszcze w czasie niedługiej podróży do wioski, zdążyła poinformować, że ona to w ogóle nigdy na koniu nie jeździła, ale chce spróbować, i to najlepiej na takim, co to będzie szybko jeździł. Z młodą Żydówką rozmowa nie miała końca, jakbyśmy się od lat znali. Wyraziliśmy swe zdziwienie dużą ilością Izraelczyków podróżujących po Ameryce, a to w pojedynkę a to w grupie. Byliśmy również pod wrażeniem ich długich wypraw, bo zazwyczaj kilkumiesięcznych. Przy tej statystyce nasza podróż wydawała się taka prozaiczna. Karlin dość szybko odpowiedziała na nurtujące nas pytanie. W ich kraju w wieku osiemnastu - dziewiętnastu lat każdy obywatel ma obowiązek odbycia służby wojskowej bez względu na płeć a jej czas był również uzależniony od preferencji młodego człowieka. Maksymalnie jednak wynosiła trzy lata. Każdy nastolatek po jej odbyciu nie chciał tak od razu wchodzić w dorosłe życie i iść do pracy, więc wyruszał w podróż, nawet paromiesięczną. Stąd też przedział wiekowy osób, które spotykaliśmy na swej drodze, to mniej więcej dwadzieścia dwa - dwadzieścia trzy lata.

Wysiedliśmy z trzęsącego transportu będąc pod wrażeniem końcówki drogi. By dojechać do posesji jednej z rodzin Mapuche, która użyczała nam swych koni, samochód przyśpieszył, rozpędzony zjechał ze stromej skarpy ziemi tuż w płytką rzeczkę i ponownie pędem wjechał na drugi brzeg. Odruchowo i kurczowo chwyciliśmy oparcia siedzeń przed sobą. Naturalnie przyodziani tubylcy już odszykowali nam zwierzynę na drogę a sami przygotowywali się na wieczorną ucztę. Pichcili swoje tradycyjne rarytasy dla nas. Podczas kolacji mieliśmy też poznać ich bliżej.  Teraz przydzielano nam konie przedstawiając ogólne zasady jazdy konnej. A wyglądało to tak: “Wsiadasz wkładając lewą nogę w buta, łapiesz sznurek dwoma rękoma i podskakując zarzucasz prawą nogę nad koniem. Wkładasz drugą nogę w buta. Jak się nie uda, to ci pomogę. Lejce trzymasz lewą ręką ściągnięte w jeden sznurek, a jak koń będzie się ociągał, zerwij po drodze patyk i prawą ręką zdziel po zadzie. Jak chcesz skręcić to ściągasz lejce tak, że jak jedna część dotknie konia, to on w tym kierunku pójdzie”. Mówiąc o bucie mieli na myśli strzemię, które tu stanowiło pewnego rodzaju drewniany chodak. Łatwo się w nim trzymało nogę bez obaw, że się zsunie podczas szybszej jazdy. Opis był krótki, prosty i bez zbędnych “szlachetnych” wydziwień, które odbierały radochę z jazdy początkującemu. Od razu pojawiły się pierwsze wnioski: łatwiej niż w Polsce, konie niższe i spokojniejsze, a przynajmniej mniej wymagające i każdy niewłaściwy ruch ich nie dekoncentrował. I poza kwestią opancerzenia konia w wygodne lejce i strzemiona, wszystko odbywało się na otwartej przestrzeni. I na co te lekcje w kraju? Tylko stresu sobie zgotowałam niepotrzebnego. Wychodziło na to, że w Chile wsiadał na konia każdy, który widział go nawet pierwszy raz na oczy.

Przygoda w siodle - start! Do naszej czwórki dołączył jeszcze jeden przewodnik hiszpańskojęzyczny, którego to głównie tłumaczył nam Jade, bo sam nie za bardzo znał się na koniach. Właściwie ostatnio nawet przełamał się do ponownej jazdy, bo miał w głowie pamiętny z niego upadek, co zblokowało go na jakiś czas. Ale przełamał strach. Może za pomocą trawki, którą palił w każdej wolnej chwili. Później już wiedziałam, skąd ten skołowany wzrok, luz i zero apetytu. Zaczęliśmy stępem po płaskim podłożu i tak jeździliśmy przez większość dnia. Ta prędkość mi odpowiadała. Jechaliśmy spokojnie. Był czas na delektowanie się widokami, miłym usposobieniem koni i pogawędką z Jade’em czy Karlin. Izraelka siedziała w siodle po raz pierwszy a już po chwili chciała zmienić konia, bo ten jej jakiś wolny. Ona chciała poszaleć. Mi trafiła się łagodna klacz Argentina, chyba specjalnie dobrana do mojego charakteru jeździeckiego. Była ugodowa, posłuszna jak pies, a potem to nawet musiałam popędzać ją gałązką, by ruszyła się z miejsca. Natomiast w wolnej chwili dała wytulić się bez większych sprzeciwów. Krzyśka koń za to był ledwo wyrosłym źrebakiem. Jurny... Ale to Lisowi akurat bardzo odpowiadało. Już na zajęciach w Warszawie wykazywał większy kunszt i odwagę. Chętny był spróbowania szybszej jazdy a tego konia długo prosić nie trzeba było.

Na otwartej przestrzeni

Gdy ku naszym oczom pojawiła się ogromna złocisto-żółta polana, usłyszeliśmy hasło: “To możecie teraz lepiej poczuć konia. Zapraszam do galopu”. Mnie na samą myśl rozbolał brzuch, Krzysiek mało nie skręcił się z radości. Mogliśmy spróbować swoich sił w szybszej jeździe. Kto miał w sobie jakieś złe emocje, mógł szybko wyrzucić je w dzikim szaleństwie. Myślę, że moja Argentina wyczuła moje obawy i nie napierała. Właściwie z charakteru powinna być bardziej osłem, ale nie z upartości, lecz lenistwa. Kochany zwierzak! Tak oddany nowemu jeźdźcowi. W nagrodę podzieliłam się z nią brzoskwinią, która od tej wyprawy lekko zdezelowała się w plecaku. Podczas gdy ja choć trochę siliłam się na próby szybszej jazdy, Krzysiek mijał kolejne okrążenie na szalonym ścigaczu. Uradowany po uszy wykrzykiwał tylko: “IIIIhhhhaaaaa”. Po rozgrzewce, ktokolwiek ją miał, przyszła kolej na wyżyny. Jadąc w bardziej dziką część niekończącej się przestrzeni, rozpoczęliśmy strome podejście od przeprawy przez kamienistą rzekę. Argentina stanęła jak wryta. Albo się boi wody, głuptasek, albo złapała focha. Na pewno nie wysłałam jej fluidów, że nie chcę tam iść?! Gałązka obijana o zad, czy mocniejsze uderzenia butami o brzuch nie ruszały jej z miejsca. W końcu bez większych ceregieli podjechał do mnie Jade, cmoknął, krzyknął, pogonił i mocno klepnął. Ruszyła, aż głowa wygięła mi się pędem za plecami. SZACUN dla koni za taką siłę i wprawę. Sama nie dałabym rady wgramolić się na tą górę, a one obciążone były dodatkowo „naszym” balastem. Teraz trzeba było się tylko mocno trzymać i unikać gałęziowych pułapek chętnie wplątujących się we włosy. Na polance u szczytu trzeba nam było zrobić krótką przerwę, głównie na odpoczynek dla koni. Nie wyglądały na zlane potem, ale należało się im. Nieprzejęte przeszły do skubania soczystej trawy, a my usadowiliśmy się z lekkim prowiantem na pagórku z widokiem na wulkan. Czułam się, jakbym siedziała przed fototapetą i zajadała kanapkę w pracy, takie to mi się nierealnie cudowne wydało.

Uczta kulinarna u Mapuche

Powrót z górki i również szacun a potem to już tylko szybciej i szybciej. Nawet mój leń poczuł wiatr w grzywie. Odczuwalne było zadowolenie zwierzaków z powrotu do domu. Same przyśpieszyły kroku jakby czuły, że dzień pracy dla nich się już skończył. Nie trzeba ich było właściwie popędzać. W tej końskiej radości niestety Karlin pogubiła parę cennych rzeczy. Pieniądze i bilet były do przeżycia. Jedno wyjęłaby z bankomatu i kupiła drugie. Lecz aparat zawierał tak wiele wspaniałych wspomnień ostatniego okresu jej podróży, że żal ściskał na jej widok. Na samą myśl zagubienia swojego sprzętu, na nowo rozbolał mnie brzuch. Dlatego w drodze na szyi dyndała mi dobrze zapakowana “małpka” a w plecaku wiozłam lustrzankę gotową do użycia w bardziej sprzyjających warunkach. Podczas gdy Karlin zawróciła z jednym z Mapuche w celach poszukiwawczych, my wróciliśmy do wioski na ucztę. Zbliżał się wieczór a ten niósł za sobą chłodniejsze powietrze. Przygotowani na wszystko odzialiśmy się w dodatkowe polary a w oczekiwaniu na koleżankę, poddaliśmy się historiom rdzennego plemienia. Pod wiatą obitą z drewna, suszonych gałęzi i siana buchało dymem z ogniska. Żar podgrzewał żeliwny gar, w którym gotowała się zupa. Wszystko było takie naturalne, nieskażone cywilizacją. Mapuche w końcu żyli z tego, co sami wyhodowali, uprawiali czy upolowali. Może gdzieś tam spod lnianych szat wystawał jakiś nowoczesny T-shirt, ale prawdopodobnie ciężko tak zupełnie odciąć się od świata. Mimo to szanowali swoją odmienność i starali się dbać o zachowanie tradycji. Ubrano nas w tradycyjne stroje Mapuche przedstawiając cały obrządek z nimi związany. Po chwili stałam ubrana jak Krakowianka z Krakowiakiem u boku, za którego ubrany był mój mąż. Kolorowe stroje bardzo przypominały te z “Mazowsza”. Na głowie położono mi barwny wianek oplatany długimi wstęgami.

- Wstęgi ułożone z przodu ciała świadczą o mężatce, a z tyłu są, gdy kobieta jest wolna. – Tłumaczył Jade tradycje przekazywane przez gospodarza domu.

- A gdy bym wyszła na wiatr i jedna wstęga padłaby na plecy a drugą rzuciłoby mi na przód, to co wtedy? – Czasami nie mogłam opanować się, by nie dopadały mnie głupawkowe gry słowne. Jade właściwie zaczął się śmiać, nie wiedząc, jak z tego wybrnąć. Wcisnął w ręce dwa tradycyjne instrumenty. Ja dostałam coś na wzór bębenka z patykiem, a Krzysiek a la bawoli róg. Niestety nie dane mi było na nim grać, bo mogła to robić jedynie upoważniona do tego osoba. Stałam tak z nim sztywno, nie wiedząc co podziać z rękoma. Dostałam głupawki. Krzysiek za to podejmował się prób dęcia  w swój instrument, co równie komicznie wyglądało. Nie wyszło. Krzysiek posiniał z braku tlenu, wybałuszył oczy i wydął policzki a słyszalne było tylko ciche “Buuu”. Mapuche mieli niezły ubaw z zestrojonych gringos. W końcu w progu pojawiła się Karlin bez aparatu. Nie chcąc do końca wieczoru psuć sobie humoru, przejęła moje odzianie do zdjęć z Krzyśkiem. Teraz ja mogłam pośmiać się za cyfrówką.

W końcu wygłodniałych posadzono nas przy suto nakrytym stole. Miłe i smakowite uwieńczenie dnia. Na ogromnej drewnianej ławie stało potraw bez liku. Empanady z mielonym mięsem wyglądające jak polskie pierogi różniły się od nich specyficznym kolendrowym nadzieniem obfitującym w słodkawe rodzynki, słone czarne oliwki i ugotowane jajko na twardo. Smażone na głębokim tłuszczu pysznie chrupały pod zębami. Na innych talerzach zlokalizowałam inne dwa rodzaje pseudo pierogów: jedne z ciągnącym się serem drugie z soczewicą, smażone kuleczki fasoli, trzy rodzaje chleba, salsę pomidorową z cebulą, czosnkiem i koprem włoskim i piwo bezalkoholowe. Na deser zajadaliśmy się domową marmoladą. Uczta rozpoczęła się od podziękowań Ziemi za dary, jakie mogliśmy spożywać. Mapuche wylał parę kropel napoju na ziemię. Dopiero wtedy mogliśmy przystąpić do degustacji.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.