poniedziałek, 16 marzec 2009

VINA DEL MAR - NAD BRZEGIEM OCEANU

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

„Tak, bo wy to w czepku jesteście urodzeni. Co sobie zaplanujecie, postanowicie, to wychodzi i już. Wszystko z górki, nic pod górkę.” Słowa te niejednokrotnie padały z ust mojej bliskiej przyjaciółki. Wszystko to wypowiadała z uśmiechem na twarzy. Może i coś w tym było, chociaż osobiście wierzę, że działo się tak dlatego, że bardzo w to wierzyliśmy.

„Tak, bo wy to w czepku jesteście urodzeni. Co sobie zaplanujecie, postanowicie, to wychodzi i już. Wszystko z górki, nic pod górkę.” Słowa te niejednokrotnie padały z ust mojej bliskiej przyjaciółki. Wszystko to wypowiadała z uśmiechem na twarzy. Może i coś w tym było, chociaż osobiście wierzę, że działo się tak dlatego, że bardzo w to wierzyliśmy.  W końcu pozytywne nastawienie ułatwia codzienne życie. I tak ten nasz „czepek” na każdym kroku naszej przygody, która dopiero zaczęła się dziać, dawał o sobie znać. Wszystko przychodziło łatwo, bez większego wysiłku, aż zaczęliśmy się głowić, czy faktycznie jesteśmy na ziemiach, których tak przesadnie się obawialiśmy. Tak otwartych, ciepłych i bezinteresownych osób, na jakich zaczęliśmy się natykać po drodze, nie spotkałam chyba w całym swoim życiu.

„Samodzielnie” opuszczaliśmy Santiago de Chile naszym pierwszym miejskim autobusem. Ciężar plecaków dawał o sobie znać, ale trzeba było się do tego po prostu przyzwyczaić. Mieliśmy to nosić przez kolejne parę miesięcy. Według wskazówek Suzanny i paru dodatkowych informacji wyczytanych w przewodniku, dotarliśmy do stacji autobusowej „Tur Bus”. Łamanym hiszpańskim zakupiliśmy bilety do Viña del Mar - nadmorskiego miasteczka niedaleko Valparaiso. Marzył nam się krótki odpoczynek nad oceanem i skorzystanie z mocnego słońca, którego w Polsce nie mogliśmy się już doczekać. Planowaliśmy też sami oswajać się z nowymi klimatami, cały czas nie dowierzając, że marzenia właśnie się spełniają a my stoimy na ziemiach AMERYKI POŁUDNIOWEJ!!!

Pierwsze kwatery

Po dwóch godzinach jazdy ekskluzywnym autobusem, byliśmy na miejscu. Gdy tylko przekroczyliśmy próg poczekalni terminalu, otoczyła nas chmara taksówkarzy. Nie zdążyliśmy powiedzieć A, jak sami uznali, że padło B i ciągnęli nas do jednego z samochodów. Złożona oferta wydawała się być okazją. Na szczęście po drodze ku wyjściu sprawnie zgarnęła nas pracownica jakiegoś biura turystycznego władająca biegle po angielsku. Okazało się, że terminalowa informacja turystyczna prezentowała okazyjne cenowo i wizualnie oferty noclegów. Trzeba było tylko poświęcić im chwilę, przedstawić swoje warunki i wyobrażenia, co do lokum i w pięć sekund wynajdywali ci niezliczoną ilość super okazji. Nam chciało się po prostu być blisko morza, by nie przemierzać dodatkowych kilometrów pieszo bądź płatnymi taksówkami. Wybraliśmy. Kierowca biura zawiózł nas za friko. Pracownica uprzedziła właścicieli hostelu o naszym przyjeździe a taksówkarz prowadził w podziemia stacji autobusowej do prywatnego samochodu. Wszystko okazywało się takie proste. W Ameryce Południowej z niczym nie było problemu, Latynosi uwielbiali się targować, a my z czasem również do tego przywykliśmy. Skoro każdy z takich jednorazowych negocjacji z zadowoleniem otrzymywał to, czego chciał, jak do tego się nie przyzwyczaić?

Hostal Cristina oferował pokój ze śniadaniem w cenie, ze świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy serwowanym o każdej porze dnia i nocy oraz darmowy Internet. Po miłym „owocowym” powitaniu przez właściciela hotelu, trafiliśmy do pokoju, w którym zamierzaliśmy spędzić parę kolejnych nocy. Niewielkie pomieszczenie wychodziło oknem na wewnętrzną uliczkę z dala od głośnej głównej drogi a sam hostel znajdywał się zaledwie pięć minut drogi do plaży. O ile naturalne oświetlenie jak i wgląd na okolicę początkowo bardzo nas ucieszył, tak w nocy okazał się istną zmorą. Blaski żarówiastej latarni przebijające się nawet przez skrzętnie opuszczone zasłonki oraz pęd a czasami trąbienie samochodów przejeżdżających pod naszym oknem aut nie pozwalały spokojnie odpocząć.

Spacer po okolicy

Nie mogliśmy usiedzieć w miejscu. Rekonesans okolicy był wskazany. Już przy głównej ulicy przywitał nas rząd soczyście zielonych palm i utworzony z kwiatów naturalny zegar (Reloj de Flores). Sztuczne wydawały się jedynie wskazówki, które faktycznie wybijały czas. Ledwo się obejrzeliśmy a podreptaliśmy do promenady wiodącej wzdłuż plaży. Biały piasek zachęcał do skosztowania nadmorskich uciech, lecz dzisiejsza pogoda niezbyt się popisała. Liczyliśmy na upał a popołudnie zafundowało nam zachmurzone niebo, z którego a nuż miało coś spaść. Delikatna bryza i wyczuwalna wilgoć nakazywały odziać się w jakiś cieplejszy kubrak i iść dalej. Deptak wzdłuż Avenida Costanera prowadzący do ciekawszej części plaży ciągnął się w nieskończoność, więc następnym razem postanowiliśmy złapać busik, od których tu się roiło. Zerknęliśmy tylko na majaczące w oddali Valparaiso i ruszyliśmy w długi spacer. Przez lata ten duży chilijski port morski był stałym punktem rejsów mojego ojca, a teraz byliśmy tu my. Na redzie zamglone stały potężne kontenerowce oczekujące na wejście do portu. Miasto oddalone było o zaledwie siedem kilometrów od Viña del Mar, więc wycieczkę do niego zaplanowaliśmy na inny dzień. O dziwo, promenada idąca nad oceanem, bynajmniej nie stanowiła skupiska restauracji czy dyskotek. Trochę nas to dziwiło, bo takie rozłożenie infrastruktury było typowe dla innych światowych kurortów. W ich miejsce postawiono ogromne mieszkalne wieżowce. Nie miałabym nic przeciwko, gdybym z okna na warszawskiej Woli miała widok na pięknie pachnące morze.

Tranquilo, tranquilo…

Następnego dnia faktycznie poczuliśmy wakacje. W końcu zrobiło się gorąco. Mimo chłodnej nocy, podczas której wytrzęsło nas pod kocem z zimna i nikłych szans na słoneczne lato nad morzem.. udało się! W hostelu panowała delikatna wilgoć, wzmagająca uczucie chłodu i utrudniająca odgadnięcie właściwej temperatury za oknem. Lepiej jednak nie mogliśmy trafić. Nie brakowało nam czterech gwiazdek na szyldzie „Cristiny”, bo jakiekolwiek – choć niedeprymujące – niedogodności rekompensowane były bardzo pozytywną atmosferą miejsca i nieustającym uśmiechem właścicielki. Gdy wcześniejszego wieczoru siedziałam na Internecie, przyniesiono mi do stolika sok z pomarańczy.

- Jeden jest dla esposo a drugie dla pani. – Stawiając fusiastą od miąższu szklankę soku, pracownica wskazała męża jako drugiego konsumenta napoju. Porannym śniadaniem zajadaliśmy się, aż uszy się trzęsły. I tylko kiwaliśmy głowami w podziękowaniu przy dostarczanych do stolików kolejnych filiżanek kaw czy herbat. Nie przypominam sobie, by ktokolwiek tak kiedyś koło mnie skakał. No, może moi rodzice, gdy byłam przedszkolakiem. Na miejscu okazało się, że hostel za drobną opłatą zajmuje się również praniem ubrań.

- To ile płacę? – Zapytał Krzysiek wręczając czarnowłosej pulchnej gospodyni worek z uzbieranymi ciuchami.

- Tranquilo, tranquilo.. – Co znaczyło „spokojnie”, a co było bardzo charakterystyczne dla Latynosów. Przecież nigdzie się nie śpieszymy, prawda? Faktycznie, od tej pory zaczęliśmy przyzwyczajać się do spowolnionego tempa życia. Takiego właśnie tranquilo.

Zakupiliśmy w pobliskim sklepiku prowiant na plażę (za zakup którego otrzymaliśmy w sklepie ręcznie wypisany przez sprzedawcę na kalkowych kartkach paragon z informacją, co zakupiliśmy i ile płacimy) i zaraz staliśmy gdzieś koło zegara machając ręką w kierunku zbliżającego busika. Pędziliśmy wzdłuż linii brzegowej do bardziej uczęszczanej plaży. Po drodze podziwialiśmy restauracje zbudowane na kształt zameczków (ze słynnym Wulff Castle), skałki rozrzucone na morzu obrosłe w egzotyczne ptactwo i cieszyliśmy się słońcem. W autobusie trzeba było mocno trzymać się poręczy, bo – odnosiłam wrażenie – kierowcy tych małych aut mieli tu niepisaną zasadę ciągłego wyścigu. Nie było miejsc siedzących, więc na stojąco łapaliśmy równowagę, choć mimo to szarpało nami we wszystkie strony. Inni pasażerowie wydawali się niewzruszeni.

Wytęsknione plażowanie

Na plaży mijaliśmy stwory artystyczne wykonane z piasku, o przeróżnych kolorach i kształtach. Gdzieniegdzie w niewielkim cieniu rozkładały się bezdomne psy, które zaskakiwały swoim wyglądem. Jak na bezpańskie zwierzaki były bardzo zadbane i raczej najedzone, bo nie żebrały od przechodniów o okruchy jakiegoś jedzenia. Przed oczyma wyrosło nam stare, opuszczone molo (Muelle Vergara), stwarzające wrażenie mrocznego i groźnego. Drewniane spróchniałe dechy gdzieś na otchłani morskiej podtrzymywały pozostałości jakichś metalowych dźwigów. Potężne bale wbite w ziemię twardo chroniły się przed uderzeniem bezlitosnych morskich bałwanów.

Dziś oczekujące na redzie statki mogły pokrzepić się typowo wakacyjną pogodą. Promienie wpadające do spokojnego morza, boleśnie odbijały się swym żarem od fal, szczypiąc w oczy. Zasiedliśmy na pożyczonych leżakach odkrywając rażąco białe ciała. Gdy słońce schowało się za chmury, uznaliśmy oczywiście, że kremowanie jest dla mięczaków. Bo niby po co, skoro słońca nie widać? Później wiedzieliśmy, po co.. Po to, że na koniec dnia wyglądaliśmy jak buraki wśród chilijskich Mulatów, a ciało zaczynało niemiłosiernie piec.

Wieczór spędziliśmy pod kołdrą trzęsąc się a to z zimna a to z gorąca od poparzenia. Żele chłodzące poszły w ruch i okazały się przydatne kojąc rozpalone ciało, ale z drugiej strony potęgowały uczucie zimna. Ich zakup w lutym wydawał się dość śmieszny w zaśnieżonej jeszcze Polsce. I przypominając sobie ten „czepek”, w którym to się jakoby urodziliśmy, kręciłam do siebie głową z politowaniem. Ktoś tam na górze chciał nam dać w kość za bezmyślność telepiąc naszymi ciałami w te i we wte. Przyznam, że mieliśmy przy tym sporo śmiechu skrzętnie zakrywając się kocami aż po nos, wygrzebując z plecaka grube śpiwory. Dobrze chociaż, że wobec nas był łaskawy typowy Chilijczyk, skoro my sami nie potrafiliśmy się uchronić chociaż przed słońcem. Nie mogliśmy narzekać na wszechobecną przychylność i pozytywne nastawienie do nas tubylców. Być może taka ich natura objawiająca się wobec wszystkich turystów, a może wyjątkowo uprzejmi byli dla nas? Nieistotne. Ważne, że kompletnie zapomnieliśmy o tym, że kiedyś ktoś Amerykę Południową nazwał „trzecim światem”. Bez problemu dostaliśmy się na terminal w Santiago, porozumieliśmy się w Viña del Mar negocjując ceny dogodnie ułożonego hostelu, na miejscu dbano o nas jak o swoje dzieci a na każdym kroku z uśmiechem służono pomocą. Czuliśmy się jak u siebie w domu.

Menu al dia

Degustacji nowych smaków nie było końca. W Viña del Mar rozpoczynaliśmy każdy dzień pokrzepiającym śniadaniem dostarczanym do każdego miejsca, w którym się w hostelu w danej chwili znajdywaliśmy. O ile był to iście „kontynentalny” posiłek serwowany w standardzie z bułami i słodkimi dodatkami, ten wydawał się być tak świeży, że zapominałam, że właściwie na słodko to ja nie lubię dnia zaczynać.

Przewodnik wykrzykiwał dziwne nazwy potraw, które koniecznie trzeba było spróbować w ogóle w Chile bądź w jakimś mieście, które wyjątkowo słynęło z jakiegoś rarytasu. Człowiek był wiecznie zapchany, ale przecież możliwe, że tu już nigdy nie zawita, więc trzeba próbować. Żołądek rozciągał się do niebagatelnych rozmiarów, z każdym dniem informując o większym apetycie. Czytałam o znanym menu al dia, które nie dość, że oferowało zestaw przysmaków w przyzwoitej cenie, to dodatkowo stwarzało możliwość przy jednym podejściu do stołu zaliczyć parę nowości kulinarnych. Było to coś w typie gotowego zestawu dań, jak w polskim barze mlecznym, ale na wyższym poziomie i z wyższą ceną, przynajmniej w Chile.

Pierwszego dnia, gdy po dłuższym spacerze poczuliśmy doskwierający nam głód, biegiem zaczęliśmy szukać jakichś niedrogich knajp. Dwa warunki były trudne do zrealizowania, bo po pierwsze – nie widzieliśmy w ogóle knajp, a po drugie – jak już były to niemiłosiernie drogie. Gdy już kiszki porządnie grały marsza a w głowie dudniła myśl: JAK POLAK GŁODNY TO ZŁY, dotarliśmy do... Pizza Hut. Tak, ironizując - typowo chilijskie i niedrogie… A na pewno to drugie. Z kwestii narodowych w menu było rozpoczęcie posiłku aperitifem pod postacią pisco sour, czyli słynnego narodowego napoju alkoholowego. Jak się później okazało, nie był to chilijski wyrób, mimo że kraj ten przypisał sobie jego recepturę. Naprawdę powstało w Peru, w miejscowości o tej samej nazwie – Pisco.

- Nie wiem, ale według „Lonely Planet” Chile miało być tanie, a odnoszę wrażenie, że na każdym kroku robią nas w konia! – Zniesmaczony Lisu wertował strony pizzowego menu. Pizza jak pizza, na całym świecie taka sama, chyba że tu dorzucą misz masz mięsa, ryb i kołdunów na drożdżowy placek. – Myślałam głośno. - Zaskoczeniem był serwowany w cenie aperitif. W restauracji oferowali pisco cour lub piwo do wyboru. A że ja odnoszę wrażenie, że od wypicia tego drugiego brzuch puchnie mi jak balon i pamiętając delikatny smak pisco u Suzanny, zdecydowałam się na tradycyjny trunek. Na stoliku postawiono mi podłużny szampanowy kieliszek a napój alkoholowy nie przypominał tego pitego u naszej kochanej Chilijki. Pisco przybierało lekko żółtawy kolor a na jego szczycie dumnie stała ubita pianka z jaja kurzego. Uhh.. mocne! Było popołudnie a głowa nie była przyzwyczajona do większych uderzeń procentowych o tak wczesnej porze. Dopchana pizzą, lekko chwiejnym krokiem wyszłam w Pizza Hut. Za mgłą mijały mi po bokach jakieś ciekawsze budowle czy konstrukcje (np. Viña del Mar Casino). Za chwilę dreptaliśmy białym odrestaurowanym mostem zarzuconym nad pozostałościami rzeki wpadającej niegdyś do oceanu. Wyschłe wydmy w tym korycie stwarzały okazję zrobienia skrótu na drugą stronę brzegu. My też tak zrobiliśmy podpatrując tubylców i rozglądając się wokół własnej osi, czy oby to niezabronione i nie ściga nas jakiś stróż prawa.

Przed powrotem do hostelu, w oko wpadła nam klimatyczna knajpka „Cafe Journal”. Wnętrze obklejone było starymi gazetami, zdjęciami, reklamowymi gustownymi plakatami i ogromnymi lustrami opancerzony w złote ramy. Sufit wydawał się nie być wykończony, ujawniając metalowe pręty, rury i Bóg wie, co tam jeszcze było. Dam głowę, że taki był zamysł artystyczny. Wszystko ciekawie się prezentowało. Tym razem na pisco miał ochotę Lisu. Ja uznałam, że mam dość, fundując sobie chilijski wymysł pod postacią soku brzoskwiniowego. O dziwo, nie mogłam znaleźć w karcie chociażby zwykłego soku pomarańczowego czy jabłkowego. Puree brzoskwiniowe nie było w moim guście. Krzysiek natomiast przerażony był wyglądem swojego trunku. Pisco, poza piankową czapeczką, dzierżyło na szczycie czerwoną kropkę.

- Co to? – Skrzywił się podczas smakowania.

- A co ma być? Jakiś czerwony alkohol.. – Bąknęłam również zastanawiając się, skąd się to tu wzięło.

- A jak ona się skaleczyła w palucha a to jej krew? – Przerażony skinął w kierunku barmanki. Po chwili konsternacji wybuchłam śmiechem.

Po paru dniach w Chile odnosiłam wrażenie, że kraj nie posiadał jakichś swoich typowych potraw, typu schabowy czy bigos jak ma Polska. Wszystko ściągnięte z kuchni światowej i dodatkowo z kosmicznymi cenami. Może i próbowali coś tam stworzyć swojego, ale nijak to kuchni nie przypominało. Tak więc połączyli wszystko, co mogli – głównie wrzucając różne mięsa do jednego gara z rybami i owocami morza a do tego frytki. Nie musi smakować, oby człowiek się zapchał.

Zbliżający się wieczór powitaliśmy z widokiem zachodzącego nad oceanem słońca, puszczający swe ostatnie promienie na oczekujące w redzie statki i pozostawiając ostatnią, jasną łunę ku linii horyzontu. Ponad nią rozciągający się granat zapowiadał zbliżającą się noc. Wyglądało to groźnie, stwarzając wrażenie zbliżającej się burzy.

*

Przyszedł czas na organizację dalszej podróży po Chile, ku południu kraju. Plan tego najdłuższego w Ameryce Południowej państwa przygotowywał Krzysiek. Wszystko miał rozrysowane w głowie. Wiedział, jaki punkt na mapie zainteresuje nas bardziej od drugiego. Brał również pod uwagę odległości pomiędzy danymi punktami, choć mimo to trochę się przeliczyliśmy. Odcinki między chilijskimi miastami nie miały jakby końca. Była stolica, potem trochę relaksu nad oceanem i przyszedł czas na górskie klimaty. Nie mogłam się doczekać, nie znając wszystkich ciekawostek stwarzanych przez Pucon.

Docierając słynną Avenidą Valparaiso do terminalu, otumanieni milionem zapachów fast-foodowego jedzenia buchającego z każdej mniejszej knajpy, zakupiliśmy bilety autobusowe na kolejną noc właśnie do tego górskiego miasteczka. Poobiedni spacer na stację autobusową wydłużany był odwiedzinami w różnych sklepach i bez powodu, więc zdążyliśmy na nowo zgłodnieć. Zresztą nie będę ukrywać, meksykańskim żarciem sprzed południa nie najadłam się za bardzo. Terminal pełen był śmieciowych szybkich kanapek, frytek, czy hamburgerów trochę na styl chilijski. Wiedziałam, że koniecznością jest skosztowanie tutejszego completo. Nie minęła chwila jak w ręku dzierżyłam zwykłą kanapkę na wygląd hot-doga. Mięciutka, słodkawa biała podłużna bułka, z parówką w środku i oblana… zieloną mazią zamiast keczupu. Po smaku wnosiłam, że to sos z awokado, choć kolor nie zachęcał do spróbowania.

 

Wyświetlony 843 razy Ostatnio zmieniany niedziela, 19 lipiec 2015

Leave a Reply

Your email address will not be published. HTML code is not allowed.