Dni mijały powoli, gorąco i leniwie. Popadliśmy w pewnego rodzaju uroczy marazm, podczas którego czas jakby się zatrzymał, monotonnie wykonywaliśmy te samo czynności, choć świadomie i w pełnej błogości.

czerwiec 18, 2009

RAJSKIE KARAIBY

Podróż autobusem w kierunku Morza Karaibskiego trwała w nieskończoność... (siedemnaście godzin, zamiast czternastu, jak oferowała korporacja przewozowa), wymęczyła nasze dupska (przez nieustające siedzenie i ciasnotę) i głowy (przed nami rozsiadła się głośna i „wielka” rodzina kolumbijska rozkładając siedzenia na naszych kolanach) a do tego była niemiłosiernie droga (bo ten rarytas kosztował nas niebagatelne sto pięćdziesiąt złotych od osoby).

W drodze do Medellin mijamy słynną “zona cafetera” – jedziemy wzdłuż tzw. “stref kawowych”. Wielkie połacie drzewek kawowych porastały tu każdy skrawek wzgórza. Było bujnie, zielono, magicznie.

Cali stanowić miało dla nas dłuższy przystanek. Trzeba nam było odpocząć w końcu od tego przemieszczania się, ciągłej parodniowej podróży. Warto było zatem znaleźć jakieś ciekawe atrakcje w tym miejscu. Cieszyliśmy się, że droga od Cali cieszyła się już lepszą renomą i że stres spowodowany jazdą mógł być zdecydowanie mniejszy.

Stres.. Na granicy w Tulcan Krzysiek wywołał panikę, mnie ogarnęło zdenerwowanie, łeb pękał a wszystko to potęgowały wszechobecne informacje o tym, jaka to Kolumbia jest niebezpieczna. Byłam przemęczona rozważaniem za i przeciw. Zajechaliśmy za daleko, by zmieniać założony już plan.

Poranek był czasem wielu przemyśleń. Dziś mijały trzy miesiące podróży. I o ile dwa tygodnie wcześniej dotknął nas kryzys emocjonalny spowodowany chęcią powrotu do bliskich, tak teraz z radością patrzyliśmy na przyszłość, a zarazem smutkiem, że lada chwila ta przygoda dobiegnie końca.