czerwiec 10, 2009

AKTYWNIE W BAÑOS

- Jak nazywa się indiański wódz? – Zapytał któregoś dnia Krzysiek.

- Nie wiem. – Odparłam od niechcenia.

- Kacyk:).

I od tej pory na kaca mówiliśmy “wodzu”. Dziś wodzu nie chciał mnie opuścić.

Od dżdżystej pogody bolała mnie głowa, a gdy bolała mnie głowa, nie miałam zbyt wiele sił na trekking na wulkan. Lisu za to gnał jak opętany zachwycony kondycją i sprawnością nogi. Początkowo ruszyliśmy w górę miasta. Droga wiodła stromo w górę, niczym w San Francisco. Już po paru krokach czuliśmy się wycieńczeni. Baños widziane po drodze z każdego coraz wyższego punktu widokowego spowijała mgła a domki przyjmowały kształt pudełek od zapałek. Gdy dotarliśmy do początku trasy okazało się, że pięła się ona również pionowo, lecz w wyżłobionej wśród zarośli rynnie.

Wstaliśmy skoro świt i pustymi, ciemnymi ulicami nieustannie rozglądając się wokół swojej osi, szliśmy z przerażeniem przez Puerto Lopez na autobus do Baños. A właściwie tylko w jego stronę, bo niestety ten nie dojeżdżał do celu, tylko w kierunku Quito. Gdzieś przed samą stolicą trzeba było łapać kolejny transport do Baños. Dzisiejszy dzień wyjątkowo nas wymęczył. Nauczyliśmy się też, że jeśli Ekwadorczyk podaje konkretną liczbę godzin podróży, to trzeba dodać jeszcze do tego parę kolejnych, bo zawsze się ona wydłuża. No i nasza trwała właśnie cztery godziny dłużej. Ale uświadomiło nam to również, że podróżowanie po tym kraju to taki swego rodzaju “rarytas kulturalny”.

“Wales watching”, czyli wycieczka związana z poszukiwaniem wielorybów, byłaby obecnie nieprzemyślanym wydatkiem z naszej strony. Przez chwilę rozważaliśmy tą możliwość połączoną z opcją pływania na otwartym oceanie z rurką. Jednak faktyczny czas przepływania wielorybów przez pobliskie wody miał dopiero nastąpić, więc wyszukiwanie ich na oceanie teraz nie miało najmniejszego sensu. Chcieliśmy za to na własną rękę odwiedzić pobliski park, z którego słynął półwysep.

Gdy po czterech godzinach podróży dwoma autobusami dotarliśmy do Puerto Lopez, a tym samym na Półwysep Parku Narodowego Machalilla, miasteczko nie wydało nam się jakoś szczególnie intresujące. Nazwa “park” w wydaniu egzotycznym kojarzyła się z terenem opływającym w soczystości zieleni, lazuru oceanu i gorąca latynoskich rytmów na każdym kroku. Rzeczywistość wydawała się szara tonąc wśród piaskowych wysuszonych wzgórz i rozpadających się tekturowych domków.

O poranku staliśmy już gdzieś przed cukiernią w oczekiwaniu na autobus do Chimbote. Z nami czekała też grupka tubylców. Zasiedliśmy na bagażach. Ja kontynuowałam wyszywanie mojego kolibra (skrawek płótna ze szkicem, zakupiony na tutejszym bazarze. Obecnie wisi w przedpokoju naszego mieszkania). Nie minęła chwila, jak wokół mnie wyrósł tłum Peruwianek zainteresowanych moją „sztuką”. A gdy mrugnęłam do Krzyśka, by zrobił mi z nimi zdjęcia pytając jednocześnie, czy są zainteresowane a na koniec dziękując za to, odpowiedziały: „nie, to my dziękujemy”. Może wzięły mnie za jakąś słynną zagraniczną artystkę?:).