09 Sie

BUFFALO WINGS I TAKIE TAM...

Opuściliśmy YMCA przed upływem doby hostelowej i na piechotę z całym naszym ekwipunkiem ruszyliśmy w kierunku mostu łączonego Stany z Kanadą. Plecy odpadały od ciała, kark bolał niemiłosiernie a pot strugami lał się z czoła. Ostatkiem sił doczłapaliśmy do granicy. Z 20-toma kilogramami na plecach przeszliśmy spory odcinek przez około 40 minut nieustającego marszu. Chcąc nie chcąc zrobiliśmy sobie niezły trening. Po stronie amerykańskiej upewniliśmy się czy wpuszczą nas z powrotem, jeśli nie uda nam się przejść granicy w Kanadzie. Pozostanie na środku mostu wydawało się być jakąś abstrakcją.

PROBLEMY WJAZDOWE DO KANADY

To było do przewidzenia.. Cofnęli nas z granicy, bo Krzysiek nie miał ani wizy ani nowego paszportu. Mój biometryczny był w porządku. Mimo że udawaliśmy zdziwionych, zaskoczonych i cokolwiek jeszcze udało nam się wykrzesać na twarzach, skierowano nas do najbliższego konsulatu kanadyjskiego w Buffalo – około 15 km od Niagara Falls. Byłam wściekła na Krzyśka a jednocześnie wszystko było mi już tak obojętne, że bez żadnych wywodów zawróciliśmy przez most do USA. Widziałam, że było mu głupio, bo zlekceważył moje wcześniejsze prośby sprawdzenia tego przed wyjazdem. Plusem było to, że konsulat znajdował się dość blisko, ale niewiadomą stanowił fakt czy Lisu zdoła przekonać kanadyjskich urzędników o swoich dobrych intencjach. W końcu nie mieliśmy nic do ukrycia, ale coraz częściej docierające do nas informacje o problemach z dostaniem wizy zaczynały potęgować stres.

W BUFFALO

Bez gadania przeszliśmy kolejne kilkaset metrów w poszukiwaniu przystanku autobusowego do Buffalo. Chciałam już jak najszybciej opuścić wymarłe Niagara Falls. Później wszystko poszło gładko, lecz gdy wysiedliśmy na głównej ulicy w nadziei na możliwość przebierania w ofertach noclegowych, jak zwykle się przeliczyliśmy. Co prawda ulica tonęła w luksusowych hotelach, ale takich typu Hilton czy inne drogie sieciówki, na które najzwyczajniej w świecie nie było nas stać. Nawet szkoda nam by było wydać tyle pieniędzy na sam sen. Musieliśmy liczyć się z faktem, iż możemy w Buffalo spędzić trochę czasu w oczekiwaniu na wizę. Była sobota a w niedzielę konsulat był zamknięty. Do czasu jego otwarcia Krzysiek musiał wykonać sobie jeszcze profesjonalne zdjęcia wizowe i z samego rana stawić się u urzędników.

Żeby tego było mało rozpętała się burza a deszcz wiadrami lał się z nieba. Jak jacyś bezdomni przysiedliśmy pod wiatą jednej restauracji i ponad pół godziny czekaliśmy na przejście ulewy. Na Main Street znajdował się jedyny na naszej drodze hostel backpackerski. Niestety otwarty był w nietypowych godzinach: do dziesiątej rano i od siedemnastej, więc przyszło nam czekać około trzech godzin, by ktoś z recepcji w ogóle się pojawił. Okazało się, że w środku siedział jakiś lokator i bez problemu wpuścił nas do „poczekalni”. Wszystko było tak zorganizowane, że stąd i tak nie moglibyśmy dostać się do części mieszkalnej hostelu. Zasiadłam przy stoliku wymęczona dzisiejszymi atrakcjami, co jakiś czas będąc zagadywana przez Egipcjanina. W tym czasie Krzysiek pobiegł do centrum popytać o ceny innych hoteli, bo nie wiedzieliśmy nawet czy w tym były wolne miejsca. Poza tym wielką frajdę sprawiało mu negocjowanie cen, nawet jakby nic miało z tego nie wyjść.

NOWE OTOCZENIE

Sam, bo tak nazywał się owy egipski lokator, łamanym angielskim próbował nawiązać ze mną kontakt, ale niewiele z tego rozumiałam. Po jakimś czasie dotarło do mnie, że chce mi zrobić zdjęcie. Czułam się nieswojo nie znając jego intencji, ale potem okazało się, że z zamiłowania był fotografem amatorem i ciągle próbował swych umiejętności w tym zakresie. Przy okazji bez mojej prośby dał mi parę lekcji robienia dobrych zdjęć pod światło:).

Skorzystałam za zgodą Sama z darmowego internetu. Czas mijał powoli a Krzysiek wrócił z rekonesansu. Dalej oczekując na recepcjonistę, pozostawiłam bagaże pod opieką Lisa a sama pobiegłam na zewnątrz w poszukiwaniu bankomatu i jakiegoś jedzenia. W jedynym skromnym markecie na naszej ulicy znalazłam na półkach same chipsy. Jak Amerykanie mają się zdrowo odżywiać skoro pod nosem mają tak śmieciowe żarcie??? Nie miałam wyjścia jak kupić parę parówek i chleb. Wszystko inne było fast-foodem a tego mieliśmy już dość.

WIZA KANADYJSKA

Mimo niedzieli, podczas której nie można było nic załatwić, Krzysiek zlokalizował jakiś otwarty punkt fotograficzny, gdzie zrobił sobie zdjęcie do wizy. Nadal podejmował w tej kwestii niezrozumiałe dla mnie decyzje, bo wydał sporo pieniędzy na fotografie, które – jak mu powiedziano u fotografa - nie nadają się do wizy kanadyjskiej. Urzędniczka na granicy kanadyjskiej już o świcie poleciła Krzyśkowi ustawić się w kolejce do konsulatu uprzedzając, że tylko 20% z oczekujących dostaje zgodę.

HOTEL NA MAIN STREET

Pozostało nam wytrwale czekać i zrelaksować się. Po siedemnastej dostaliśmy pokój wieloosobowy, mimo że prosiliśmy o dwójkę. Hostel nie był oblegany, więc mieliśmy taką możliwość. Miejsce było bardzo klimatyczne. Do dyspozycji były wspólne łazienki, kuchnia wyposażona dosłownie we wszystko oraz ogromny salon, w którym mogliśmy grać w przeróżne gry planszowe, czytać książki czy nawet grać na gitarze. To ostatnie zaprezentował mi mój mąż. O dziwo, nigdy nie słyszałam by nawet wspomniał, że kiedyś coś tam brzdąkał na tym instrumencie. Byłam pod wrażeniem. Ile to można nowego się o sobie dowiedzieć przebywając tyle czasu ze sobą.

Nie dało się ukryć, że Sam polubił nas od pierwszego wejrzenia:). Najpierw zniknął z hostelu w celu zrobienia większych zakupów spożywczych w supermarkecie na obrzeżach miasta. Okazało się, że z super zdrowych produktów przygotował dla siebie, dla nas i recepcjonisty przepyszną bombę witaminową pod postacią kolacji. Z kilkudaniowym posiłkiem zjechaliśmy windą w podziemia hostelu, by w telewizyjnym salonie urządzić sobie wspominki filmowe za pomocą tutejszych kaset video. Wcześniej nieświadoma jego intencji pomagałam kroić chleb na jego prośbę. Gdy zapytałam, czy tyle kromek wystarczy, odpowiedział:

- Jak uważasz, ile zjecie, bo zrobiłem to również dla was.

- Tak? A dlaczego? – zapytałam zdziwiona.

- Bo kocham Was, tak jak Bóg kocha ludzi. – Rzekł tak po prostu a mi zabrakło słów:).

W tym czasie Lisu siedział w podziemiach w oczekiwaniu na nasze pranie. Na dole na monety można było również uprać sobie ubrania. Gdy ze smakołykami zjechałam windą z Samem i recepcjonistą, zatkało go. Wszyscy się roześmialiśmy.

Po wspominkowym seansie filmowym zmęczeni poszliśmy spać.

PRZEWROTNY LOS

Rano Krzysiek zaszedł do fotografa po właściwe zdjęcia i udał się do konsulatu. Mi przyszło jedynie oczekiwać godzinami na rezultat tej rozmowy, bo nie mieliśmy jak się ze sobą skontaktować. Na poczcie elektronicznej czekały na mnie kolejne maile od Marcina z Kanady. Nie dostawał smsów z naszej felernej komórki, więc jedynie internet stanowił dla nas łącznik. Podzieliłam się z nim smutną informacją o nieprzejściu kanadyjskiej granicy.

Niefartowne dni szybko zmieniły się w radosne. Jak widać nie warto martwić się na zapas. Trzeba wierzyć, że gdy coś dzieje się źle, przyjdzie czas na dobre chwile. Nie dość, że:

- Krzysiek dostał wizę (co było prawdziwym wyczynem, bo niechętna urzędniczka odrzucała co drugie podanie, jednak ludzka rozmowa i pochwalenie się naszą podróżą zrobiły swoje. Mój mąż emocjonalną historią przekonał ją, by wbiła mu w paszport wymarzoną wizę),

- Marcin (dawny znajomy z Polski) zaproponował nocleg w swoim domu pod Toronto, pożyczenie samochodu na podróż po Kanadzie i powrót do niego na ostatni dzień naszego pobytu w tym kraju, by podzielić się wrażeniami z objazdu. Byliśmy zdumieni jego przyjazną ofertą, bezinteresownością i otwartością. W jednej chwili zawód Ameryką Północną został stłumiony euforią i zadowoleniem z kontynuacji naszej tułaczki życia.

Już spokojniejsi z radością planowaliśmy przeczekać ostatnie chwile w Buffalo. Lisu postanowił zrelaksować się podczas joggingu a ja poszłam opstrykać okolicę i zajrzeć do paru sklepów. Zawsze w tym okresie powakacyjnym wyszukiwałam w Polsce przeróżnych przecen ciuchowych, więc nałóg pozostał:).

SPACERUJĄC PO BUFFALO

Coś jest w tych amerykańskich przygranicznych miasteczkach, że wydawały się tak wyludnione. Na szczęście Buffalo było ciekawsze dla oka i ducha. Po każdej stronie wyrastały wysokie wieżowce formując obrazy niczym z Nowego Jorku (Marcin przyznał później, że jemu osobiście kojarzyło się z Broadway’em). Surrealistyczne szklane domy ze sztucznymi oczkami wodnymi przed wejściem do budynków przeplatały się z tajemniczością starodawnych kamienic.

I gdy tak szłam fotografując każdy ciekawy zakątek, zaczepiła mnie grupa młodocianych ciemnoskórych z zapytaniem czy zrobię im zdjęcie.

- Pewnie - Odpowiedziałam obserwując jednym okiem ich wymyślne prężenie przed obiektywem. - Chcecie zobaczyć? – Podstawiłam im aparat przed oczy.

- Wow, super! – Krzyknęli podekscytowani. - Może trafimy na okładkę jakiegoś magazynu?:)
- Z pewnością
- Odpowiedziałam z przekąsem:).

- A zachowasz to zdjęcie? – Zapytali „schodząc marzeniami na ziemię”.

- A mogę?:) – Kontynuując zawadiacką konwersację.

- Tak:).

SŁYNNE BUFFALO WINGS

Gdy wróciłam do hostelu, Lisu już w nim był. Po szybkiej kawie wyszliśmy na Main Street do polecanej przez Marcina knajpy z najlepszymi „buffalo wings” czyli ostrymi skrzydełkami kurczaka. Stąd wzięła się ich nazwa i pochodzenie potrawy. Na całym świecie, głównie w barach szybkiej obsługi, dochodzi do prób kopiowania pikantnych skrzydełek. Oryginalna nazywała się „Anchor Bar” i jej tajemny przepis nie jest znany nikomu:). Miejsce tętniło amerykańszczyzną witając nas na wstępie mini posągiem Statuy Wolności, amerykańską flagą wymalowaną na ceglastej ścianie budynku i jej materiałową wersją wewnątrz. Na stolikach słynnej potrawie wtórował Budweiser choć wiadomo – nie do końca amerykański.

Miłym akcentem okazała się obsługa, bo nam przypadła kelnerka z Rosji, która na przywitanie zagadała po polsku. Według wskazówek zamówiliśmy zestaw 20 skrzydełek na nas dwoje w ostrej, pachnącej alkoholem (aż zatykało!) panierce z łodygami selera naciowego podanych na surowo z ciepłym sosem serowym i frytkami. Faktycznie pychota! Nie daliśmy jednak rady zjeść wszystkiego i pozostałe skrawki zapakowano nam na wynos. Później przyszło nam je pałaszować na śniadanie.

Jeśli podobała się Wam nasza historia zostawcie komentarz lub "lajka". A jeśli uznacie, że kogoś zaintersuje ten artykuł, udostepniajcie śmiało:).

Fot. Buffalo, stan Nowy Jork 2009.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.