20 Lip

REZERWAT LAS MGIELNY W MONTEVERDE

Standardem od jakiegoś czasu był poranny jogging Lisa. Czy padało, czy nie – choć zazwyczaj na Kostaryce podczas naszego pobytu padało - on wychodził z domu „na czczo” i biegał. Nawet jakimś cudem wynalazł sobie pobliskie boisko, po którym biegali inni zagorzali kostarykańscy biegacze. Gdy wrócił do hostelu rzucił zachwycony nowym pomysłem:

- Postanowiłem, że skoro już nie boli mnie noga, wrócę do tego, co zawsze kochałem i robiłem przed kontuzją. Będę biegał przygotowując się tymczasem do maratonu. Daję sobie na to rok.

- To może najpierw spróbujesz swoich sił w półmaratonie? – Zaproponowałam zachęcająco. Takowy odbywał się właśnie w mojej rodzinnej wiosce pod Warszawą, więc tym planem Krzysiek gotów był sprawić ogromną radość przede wszystkim mojemu ojcu – zagorzałemu kibicowi sportowemu.

KRAJOZNAWCZA PODRÓŻ Z LA FORTUNA DO MONTEVERDE

Podróż do Rezerwatu Lasu Mgielnego miała rozpocząć się po południu. W strugach deszczu lekko źli, ale bez możliwości wyboru innej opcji, trafiliśmy na obiad w La Fortuna. Po w miarę dietetycznym posiłku wróciliśmy do pokoju, by dopakować rzeczy. Tego nie lubiliśmy najbardziej – pakowania się i złożenia wszystkiego w tak idealne kwadraty, by zmieściły się w nieustająco nabrzmiałym bagażu. Staraliśmy się jednak też pamiętać o tym, że taki sposób podróży sobie wybraliśmy i liczyliśmy się z koniecznością rozpakowywania i pakowania co parę dni i tak przez okres paru miesięcy. Dlatego staraliśmy się nie mieć zbyt wielu ciuchów.

Taksówka dowiozła nas do brzegu Jeziora Arenal, gdzie czekał już na nas mały stateczek a na nim dwie Amerykanki. Okazało się, że była to cała załoga tegoż rejsu. Pruliśmy przez wody ogromnego jeziora obserwując po każdej jego stronie dżunglowe zarośla i małe wysepki. Przeprawa trwała około pół godziny, by dotrzeć do drugiej strony brzegu. Tam czekał już na nas busik do Monteverde.

Rozgadaliśmy się dziewczynami na dobre aż do Santa Elena, gdzie widoki dostarczały wszelakich doznań estetycznych, poczynając od zielonkawych wzgórz zanurzonych we mgle, mijając wioski z domkami letniskowymi niskiej zabudowy, pola kawowe, po bezludne tereny wśród dżungli. Pod koniec naszej plotkarskiej trasy drogę przecięła nam małpia rodzina nic nie robiąc sobie z naszej obecności.

SZYBKI REKONESANS WIOSKI

W Monteverde wysadzono nas przy budce z hot-dogami. Nowe koleżanki zmierzały ku zarezerwowanej wcześniej drogiej rezydencji gdzieś w górnej części miasta. Po wyjściu z klimatyzowanego busika uderzyło nas chłodniejsze powietrze górskich terenów. Uprzedzano nas, że będzie zimniej i faktycznie było. Krzysiek obskoczył pobliskie hostele i hotele a ja stałam przy budce zajadając się hot-dogiem. Trafiła mi się tu młoda sprzedawczyni chętna pogaduch i przy okazji jakoś sobie mnie upatrzyła, bo gdy tylko później napotykałam ją na mieście zaczepiała mnie jak starą znajomą.

Z bogatej oferty noclegowej trafił nam się „El Sueño” (znaczy: sen, prawdopodobnie nazwę wziął od Rezerwatu) – elegancki i romantyczny hotel w dalszej części Monteverde, cały w drewnie, z ogromnymi oknami, wielkimi korytarzami, ogólnodostępnym salonem z telewizorem oraz biurkami przy których można było czytać książki i gazety ichniejszej biblioteczki. Do dyspozycji mieliśmy całkiem spory pokoik z dwoma łożami i łazienką. Za podobną cenę do innych hosteli oferowano w nim również śniadanie a ceny pobliskich restauracji porażały (właściwie na widok menu zareagowaliśmy podobnie: „czy ich doszczętnie posr…??”), hotel nie posiadał kuchni czy lodówki dostępnych dla jego mieszkańców (zatem w gotowanie czy przetrzymywanie produktów na śniadanie nie mogliśmy się bawić na własną rękę), więc chociaż gratisowy posiłek skłaniał do pozostania w wybranym lokum.

EL SUEÑO STRZAŁEM W 10!

Żałowaliśmy, że nie było tu jakiegoś hostelu z dostępną kuchnią, byśmy mogli sami sobie pichcić, czy Internetu w cenie łóżka, bo godzina w tutejszych kafejkach internetowych kosztowała aż 3$. Monteverde okazało się być małą miejscowością. Właściwie po półgodzinnym spacerze obeszliśmy je całe uznając przy okazji, że poza wykupionymi wycieczkami można się tu nieźle wynudzić. Po drobnym zakupach w supermarkecie wróciliśmy do pokoju na wczesny sen.

Mogłabym spać wieczność. W głowie pojawiało się tysiące różnych niejednokrotnie porąbanych snów przez co chyba świadomie nie chciałam się wybudzić. Śniadanie okazało się strzałem w dziesiątkę, bo nie było to zwykłe oszustwo „kontynentalne”, czyli odrobiny taniego słodkiego dżemu z bułą i kawą. Na stolikach czekały już na nas bogate menu z różnymi bogatymi opcjami. Zdecydowaliśmy się na ten sam zestaw: owoce na czczo (arbuz, ananas i banan), jajecznica z jednego jajka z dwoma tostami a do tego domowej roboty „zimowa” marmelada (z kandyzowanymi skórkami pomarańczy i kawałkami jabłek).

HANGING BRIDGES (WISZĄCE MOSTY)

Pod hotel podjechał bus wypchany po brzegi turystami z innych hosteli. Zmierzał do słynnego i pełnego atrakcji Parku Selvantura, w którym mieliśmy zamiar przespacerować się wiszącymi w dżungli mostami. Ale poza tym oferował również przeróżne: ogrody orchidei, motyli, kolibrów, pająków ale także obfity był w różne formy zjazdów linowych. Słyszeliśmy coś o zjazdach na Tarzana, wahadło i inne, których już nazw nie pamiętam.

W autobusie spotkaliśmy znajome z wczorajszej podróży – Jennifer i Karin. Jedna z nich nie wyglądała za dobrze. Podobno ostatniego wieczoru zabalowały w jednym z barów, koło którego się przechadzaliśmy, ale nie zauważyliśmy machających do nas dziewcząt. Może i dobrze, bo byśmy być może jak one umierali dziś w swoim złym stanie zdrowotnym:).

Amerykanki poza „Hanging bridges” zaliczały dziś „canopy tour”. Podziwiam, że z takim „samopoczuciem”;) - odczuwania helikoptera w głowie - podejmowały się jeszcze adrenalinowych prób w powietrzu. Rozstaliśmy się w punkcie informacyjnym parku z nadzieją na wspólny powrót. Skręciliśmy według wskazówek w kierunku mostów. Dzień był spokojny, idealny na wyciszenie, bo mosty fundowały półtoragodzinny leniwy spacer. Poza rozmaitymi gęstwinami nie ujrzeliśmy żadnego gatunku zwierzaka. Z oddali jedynie dobiegały jakieś odgłosy donośnych małp czy okrzyki turystów zjeżdżających gdzieś w głębi na linach przyczepionych do wysokich drzew. Ścieżka między mostami prowadziła w głęboką dżunglę a teren był tak spory, że praktycznie nie napotykaliśmy innych turystów. Jedynie przy tych dłuższych mostach minęliśmy się z paroma gapiami. Z lekkiego wynudzenia (wycieczka przez cały czas jej trwania niczym nie zaskakiwała a wzmożona dawka tlenu usypiała) zaczęliśmy się wygłupiać tak dla pobudzenia. „Hanging bridges” na Kostaryce to kolejny obowiązkowy punkt programu. Jest to też idealny sposób na zaznajomienie się z dżunglą na własną rękę i bez przewodnika. Dodatkowo konstrukcyjnie prawdopodobnie nie ma takiego drugiego miejsca na świecie, gdzie nad lasem deszczowym (czy tym bardziej mgielnym) ktoś zarzuciłby tyle mostów (różnej długości i wysokości nad ziemią). Jeśli ktoś obawiałby się lotu na tyrolce, tu również ma okazję spojrzeć na dżunglę znad koron jej drzew.

TOWARZYSKO CZY ZNOWU CISZA W ETERZE?

W drodze powrotnej do domu zabrała się z nami jakaś polska rodzina. Mężczyzna w tym gronie wydał mi się bardzo podobny do jakiegoś aktora, lecz nie mogłam skojarzyć jakiego. Krzysiek rzucił, że to chyba ktoś z „Plebanii”, a na koniec zaświtało nam w głowie, że to jednak znany polski polityk. Nazwiska nie zdradzę. Kto wie, może jego wyjazd był tajemnicą?:).

Wieczór zapowiadał się deszczowo, więc jego początek spędziliśmy na tarasie a to oglądając telewizję a to robiąc jakieś podróżne zapiski. W nadziei na udane imprezowe wyjście i – być może – natknięcie się na znajome Amerykanki udaliśmy się na miasto. Deszcz ustał a koleżanek nie spotkaliśmy. Pewnie dogorywały po wcześniejszym wieczorze. Zasiedliśmy w jednym z najbardziej klimatycznych i – wydawało się – zapowiadającym dobrą zabawę „Amigos” i oczywiście nic! No cóż, chyba się do tego przywykliśmy. W głowach nam się tylko zakręciło od Cuba Libre i z takim mętlikiem zasypialiśmy tuż przed północą w naszym klimatycznym, drewnianym pokoiku.

TREKKINGOWE ZAPĘDY

Nie pobawiliśmy się a nad ranem był kac. Oh i gdzie tu sprawiedliwość?:). Na szczęście nie byliśmy tacy do końca zblazowani i niewiedzący, co ze sobą począć. Z przewodnika wyczytaliśmy o istnieniu w okolicy jakiegoś większego wzniesienia, na który postanowiliśmy się wdrapać. Ta opcja dawała nam same plusy: wysiłek fizyczny pobudzał organizm i szybciej spalał procenty, które zachowały się z wcześniejszego wieczora.

Śniadanie ciężko nam wchodziło. Zamówiliśmy musli na mleku, po czym Krzysiek wypił na szybko mleko a musli wsypał do siateczki na później.

By w ogóle rozpocząć podejście pod pseudo górę, szliśmy ponad pół godziny ruchliwą szosą poza granice miasteczka. Po tym czasie skręciliśmy w błotnistą, mało uczęszczaną drogę lekko pnącą się w górę. Szliśmy w otoczeniu dżungli słysząc jej odgłosy, lecz nic poza kolorowymi robakami i jaszczurkami nie widzieliśmy. Po godzinie trekkingu znużony niezmiennymi widokami Lisek uznał, że czas wracać, łatwo mnie namówił a właściwie przechytrzył obiecankami pizzy. Zawróciliśmy.

UKRYTE OPŁATY W MENU

W drodze powrotnej trafiła nam się sympatyczna i zaciszna pizzeria, w której ceny znowu jedynie rozdrażniły. Krzysiek niepotrzebnie swoje nerwy przerzucił na Bogu winną kelnerkę będąc oburzonym dodatkowymi ukrytymi kosztami za przyjemną obiadokolację. Na każdej stronie menu w jej dolnym rogu widniała zapisana maczkiem informacja, że do rachunku dodawane jest 10% podatku oraz 13% serwisu. Chcąc nie chcąc, będąc zadowolonym bądź nie z obsługi, trzeba było za nią zapłacić. To zwiększało kwotę do niebagatelnych sum. Odechciało nam się jeść…

Wróciliśmy do pokoju. Ja urwałam sobie kawałek kiełbasy zakupionej na trekking. Wyszliśmy na miasto, bo w końcu coś ciepłego trzeba było zjeść. Okazało się, że pizzeria po drodze wcale nie miała tak wygórowanych cen, jak nam się wydawało a do dodatkowych opłat musieliśmy po prostu przywyknąć.

Na deser był Internet. Krzysiek niepocieszony, że skończyły mu się już polskie lektury, czytał głównie jakieś wiadomości z kraju. W drodze powrotnej zakupił bilety na dzień następny do Montezumy na godzinę szóstą rano. Czekała nas dziewięciogodzinna podróż autobus-prom-autobus. Ale perspektywa spędzenia chilloutowego czasu nad Pacyfikiem, w miasteczku dzieci kwiatów potęgowała ekscytację i niecierpliwe oczekiwanie.

Fot. Monteverde i jego dżunglowe atrakcje (podniebne mosty), 2009.

Comments

  • ASIA

    A może to Indonezja ściągnęła z Kostaryki?:)

    ASIA środa, 22 czerwiec 2016 13:31
  • Hamak Life

    Bardzo podobne widoki jak a Taman Negara w Malezji, a koncepcja menu żywcem przeniesiona z Indonezji ;)

    Hamak Life środa, 22 czerwiec 2016 10:46
  • Asia

    Ha, i fajnie;) mamy parę takich nietypowych perełek jak Kostaryka, San Blas, jakieś elementy z Ameryki Południowej i - niebawem - troszkę o Kanadzie i pięknej Nowej Szkocji. Tak, Kostaryka jest nad wyraz zielona oraz kolorowa za sprawą barwnych roślin i zwierząt. Zapraszam do lektury.

    Asia poniedziałek, 13 czerwiec 2016 15:44
  • kami

    nie przypominam sobie, żebym coś wcześniej czytała o Kostaryce na blogach, a o kraju nie wiem niestety absolutnie nic. A prezentuje się u Was bardzo ciekawie, i ta intensywna zieleń powala!

    kami poniedziałek, 13 czerwiec 2016 13:08
  • Asia

    To zależy jak to traktować Magda. Bo: między krajami i miejscami podróżowaliśmy za pomocą autobusów, łajb itd. Ne łapaliśmy stopa, czy odbywaliśmy podróż motorem - bo to nie nasz klimat po prostu. Ale czasami taniej i rozważniej było skorzystać z "odpłatnej pomocy" (właśnie tak jest w Ameryce Południowej, a w sumie Panam i Kostaryka mentalnie pod nie podchodzą), która de facto była o wiele tańsza (nie wiem jaki mieli na tym interes, bo to nie miało finansowego sensu!). A na miejscu ciężko byłoby skorzystać z canopy tour czy podwieszanych mostów samemu.. bo to wszystko jest w parkach, gdzie za wejście płacisz i ktoś Cię musi tam dowieźć, czasem oprowadzić czy podwiesić pod liny:)

    Asia niedziela, 12 czerwiec 2016 20:48
  • Magda

    A Kostaryke zwiedzaliscie na własną rękę czy wykupowaliście wycieczki ?

    Magda niedziela, 12 czerwiec 2016 13:48
  • Asia

    Anita, dzięki! Lisu ma już za sobą 3 maratony, parę półmaratonów a obecnie zawzięcie gra w piłkę nożną, która kiedyś byłą jego marzeniem. I pomimo faktu, że już jest zbyt leciwy na karierę piłkarza, całkiem nieźle mu idzie:).

    Asia czwartek, 09 czerwiec 2016 07:40
  • Asia

    Tak Szymon, ja w sumie też mówię o tej części Ameryki jako Środkowa lub Centralna. Północna jakoś mi nie pasuje:) Miło mi, że Cię zaintrygowałam tą częścią świata. Akurat Kostaryka jest jednym z droższych krajów Ameryki Środkowej;), ale posiada wiele nietypowych atrakcji nie do podrobienia gdzie indziej na świecie. Poza tym można znaleźć ciekawe opcje spędzenia taniej czasu. My w kolejnym miejscu znaleźliśmy ofertę zaopiekowania się domem w zamian za jedzenie i spanie w nim, więc jak dla mnie git!

    Asia czwartek, 09 czerwiec 2016 07:38
  • Anita

    Uwielbiam takie atrakcje jak Park Selvantura ! Kontakt z naturą plus adrenalina - rewelka! Btw. biegającemu Lisowi życzę dużo wytrwałości i nie jednego, a wielu przebiegniętych maratonów :-)

    Anita czwartek, 09 czerwiec 2016 06:20
  • Szymon

    Bardzo fajne miejsce! Nawet Ameryka Środkowa (żeby było prościej, mówię tak na kraje od Meksyku do Panamy) zaczyna coraz bardziej mnie pociągać... a wcześniej w ogóle mnie ten region nie interesował ;)

    Szymon środa, 08 czerwiec 2016 20:15
  • Asia

    Tak, z nazwą trafili w sendo:) a co do polityka-my byliśmy grzeczni:)

    Asia środa, 08 czerwiec 2016 19:42
  • Mr_Szpak

    Prawdziwa dżungla to mi się marzy już od dawna. „El Sueño” nawet kojarzy się trochę jak sen, hihihi, całkiem ładnie to brzmi.

    A co do polityka to może i lepiej że nie podajecie bo jeszcze was zaczęto by kojarzyć... :D

    Mr_Szpak środa, 08 czerwiec 2016 18:16

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.