19 Lip

„CANOPY TOUR” NA KOSTARYCE

Zapowiadał się zdecydowanie adrenalinowy dzień. Po pysznym śniadaniu byliśmy lekko podirytowani nieustającą wilgocią tego miejsca. W nocy lało, o świcie lało i zaczynaliśmy się martwić o powodzenie naszej „ekspedycji”. Krzysiek do samego końca nie był przekonany, czy w ogóle kręci go tego typu atrakcja, ale widząc moją pewną minę i zdając sobie sprawę z tego, że zostanie w domu na cały dzień sam a potem może wrócę z takimi wrażeniami, że będzie żałował, postanowił początkowo wbrew sobie zaryzykować. Zapewniano nas na szczęście w agencji, że zawsze można po trzecim czy czwartym zjeździe linowym zrezygnować mimo pewnej utraty pieniędzy. To już było coś.

SCHEMAT WYPRAWY NA TYROLKĘ

Plan był prosty: zjazdy zaczynały się od najniższych partii wzniesienia, były najkrótsze by pokonać lęk i zadomowić się z pierwszymi odczuciami po nowym wydarzeniu. Canopy tour zakładało dziesięć zjazdów i szczyciło się w La Fortuna paroma unikatami: najwyższym, najdłuższym i najszybszym zjazdem linowym w całej Kostaryce. Najdłuższa lina pozwalała pokonać około kilometra długości a najszybsza pozwalała rozpędzić się do 70 km/godzinę. Sama myśl o tym powodowała, iż po ciele przechodził dreszcz, co potęgowało poziom adrenaliny we krwi.

Przestało padać. O dziesiątej odebrano nas jeepem spod agencji w kierunku bazy wypadowej do dżungli. Na miejscu okazało się, że będziemy w grupie jakiejś sporej rodziny amerykańskiej. Oni standardowo niczego się nie bali, na wszystko się cieszyli a największym wydarzeniem była ich ponad siedemdziesięcioletnia babcia, która również chciała spróbować swoich sił (lub raczej wytrzymałości serca…) na canopy tour. W bazie wypadowej spędziliśmy około godziny ucząc się ze strony teoretycznej o zjazdach. Niby prosta rzecz a już miałam stracha na podejmowanie prób hamowania. Jak się później okaże nie bezpodstawnego.

STRACH MA WIELKIE OCZY

Wsadzono nas z „przydziałem uprzężowym i kaskowym” do kolorowej przyczepy ciągniętej przez traktor i wesoło jechaliśmy z kostarykańskimi anglojęzycznymi przewodnikami poprzez gąszcze i knieje. Mimo że to ja namawiałam Krzyśka na tą atrakcję, teraz odczuwałam dyskomfort w brzuchu i gardle. Właściwie czułam się jak przed jakimś istotnym egzaminem: bolał mnie brzuch, odczuwałam przyśpieszone bicie serca, było mi niedobrze. Trochę było nam gorąco, jako że byliśmy wystrojeni w nasze goreteksy. Padało non-stop to uznaliśmy, że to będzie najlepszy wybór. Po chwili pięliśmy się stromo w górę przez dżunglę w oczekiwaniu na dojrzenie w oddali pierwszej platformy linowej. W głowie mąciło mi się mnóstwo myśli, w tym jedna: “nie mogę nic powiedzieć, że się obawiam, bo to ja Krzycha namawiałam na te liny. Będzie dobrze…”

Musiałam być silna widząc ponad czterdziestoletnią kobietę gotową zawrócić w ostatniej chwili, ale spokojnie namawianej przez męża, nie mówiąc już o babci, z którą zjeżdżał młody Kostarykanin. Ale liczył się fakt, że się odważyła. Nie pozostało mi nic innego.. zjazd był przedni. Ta prędkość, korony drzew pod stopami, pęd we włosach i to uczucie wolności. Miałam, co prawda problemy z hamowaniem, ale na dolnej platformie łapali, jakby co..:).

Krzysiek też był szczęśliwy i dziękował po pierwszym zjeździe, że go namówiłam. Nie darowałby sobie nie zaznania tych emocji. Trasy podniebne były spektakularne. Zsuwaliśmy się z nieziemską prędkością nad wodospadami, wśród wysokich dżunglowych drzew widząc je z góry, w odgłosach egzotycznych śpiewów ptaków. Ostatni jakoby najszybszy zjazd okazał się dla mnie zwykły, ale mimo wszystko powtórzyłabym to raz jeszcze.

SHOW W INDIAŃSKIEJ WIOSCE

W ostatnim punkcie zjazdowym czekał na nas traktor, którym zawieziono nas do – przygotowanych pod turystów (niestety) – chat „indigenous people”, czyli domostw rdzennych tubylców. Nie wiedziałam, na ile byli kiczowato zestrojeni na nasz przyjazd a na ile faktycznie tak się kiedyś ubierali. Tak czy inaczej było całkiem sympatycznie, odsłuchaliśmy historii plemienia, napiliśmy się ich chichy i obejrzeliśmy ręczne robótki – równie kolorowe i pstrokate jak ich ubiory.

W międzyczasie zaobserwowałam zabawną sytuację podczas delektowania się ich pseudo procentowym alkoholem.

- To chyba jest alkohol tato? – Zapytał dziewięcioletni chłopiec swojego ojca po wypiciu łyka tajemniczego napoju otrzymanego wcześniej od Indianina. Przy łyku lekko się skrzywił, ale przyjemnie.

- Też mi się tak wydaje – Odpowiedział z przekąsem ojciec. – Na pewno wszystko w porządku? – Upewnił się.

- Tak.. – Odpowiedział młody i dokończył swój napój. Faktycznie ichniejsza chicha wydawała się w smaku "jabolowa", czyli taka jabłkowa.

NIEPLANOWANA JAZDA KONNA

W drodze powrotnej okazało się, że do bazy wypadowej można było wrócić na koniach bądź znowu w przyczepie. My koni nie mieliśmy wykupionych, ale część Amerykanów nie była tym zbytnio zainteresowana, to skorzystaliśmy za darmo. Znowu wybrano nam konie dopasowane – chyba – na podstawie charakterów. Poczułam ucisk w brzuchu, bo mimo wszystko nie czułam się zbytnio pewna na grzbiecie tego pięknego zwierzęcia. Wyprawa choć nie trwała długo, była bardzo bajkowa i ekscytująca. Jedną dziewczynkę omalże nie porwał koń, bo dostał jakiegoś szaleju. Biedna dostała blokady i już nie chciała jechać na żadnym. Inne w stadzie znowu jakoś chyba ze sobą rywalizowały zupełnie zapominając, że mają na grzbiecie kogoś, o kogo powinny w jakiś sposób dbać. Pewnie to miały w głębokim poważaniu albo o tym zapomniały. Tak czy inaczej trzeba było uważać, by własny rumak nie obił nam nóg o grzbiet swojego kolegi. Inne znowu podkreślały swój silny charakter chęcią kopnięcia rywala czy uszczypania zębami swojego jeźdźca. No cóż, dlatego nie mam zupełnego zaufania do koni.

Na miejscu poczuliśmy się jak dziadki Liski zaczepieni przez nastoletnich Amerykanów i opowiadając o swojej podróży, słyszeliśmy z rozmarzeniem: „wow, cool, super!!!”. Dzieciaki były pod wrażeniem poznania również innej narodowości, tym bardziej nie zdając sobie pewnie sprawy z tego gdzie Polska leży na mapie…

Przy stajni czekał na nas jedynie fotograf z przygotowanymi już płytami z filmami i zdjęciami z naszej przygody z canopy. Amerykanie wyłożyli grube dolary, więc nam udało się wynegocjować jakąś przyzwoitą cenę.

Następnego dnia ruszaliśmy w głąb kraju, do dżunglowego Monteverde i do „podniebnych mostów”.

Fot. Zjazdy na tyrolce na Kostaryce (La Fortuna, 2009).

Comments

  • Asia

    Zdecydowanie emocje nie do zapomnienia!:) również chętnie bym powtórzyła, mimo że w pierwszych sekundach czułabym ucisk w brzuchu:)

    Asia środa, 22 czerwiec 2016 08:05
  • Marcin

    Świetna zabawa! Raz tylko robiłem coś takiego w Malezji i z chęcią bym powtórzył! Pozdrawiam!

    Marcin środa, 22 czerwiec 2016 08:00
  • Asia

    Ja ostatnio również miałam szansę zjechać na tyrolce w Polsce. Byłam przejęta i podekscytowana, ale zdałam sobie sprawę, że tym bardziej dziwi mnie, że wtedy zjechałam na tych kostarykańskich linach (długie, szybkie, niemalże bez kontroli a kontrolować się chce;)

    Asia środa, 15 czerwiec 2016 07:31
  • Agnieszka/Zależna w podróży

    Raz w życiu zjeżdżałam na linie. I to w Polsce i to na krótkiej. Ale kręci mnie to. Ekstra zabawa. A indiańska wioska kiczowata, jak wszystkie inne tego rodzaju na świecie. Ale cóż - popyt jest, to i podaż.

    Agnieszka/Zależna w podróży środa, 15 czerwiec 2016 07:15

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.