lipiec 30, 2009
USA

FILMOWE MIAMI, USA

Lot z Kostaryki opóźniał się o godzinę wzmagając lęk mojego męża. Do mnie takie surrealistyczne zdarzenia w ogóle nie docierały. Właściwie uwielbiałam start samolotu odczuwając pewnego rodzaju nirvanę. Czułam ogromną nieopisaną radość ogarniającą moje ciało wciśnięte w siedzenie a łzy napływały do oczu. Były to łzy radości, ale w sumie nie potrafię określić, dlaczego tak się działo. Krzysiek odczuwał tą radość dopiero po szczęśliwym wylądowaniu.

Zmierzaliśmy w kierunku San Jose do Alajueli. Miasteczko okazało się strzałem w dziesiątkę, bo nie dość że na pierwszy rzut oka wydawało się bardziej klimatyczne, to do tego oferowało tańsze noclegi i bezpośrednie wycieczki do pobliskiego wulkanu Poas. Skoro Arenal ukrywał się w oparach codziennej mgły, ogólnodostępny i aktywny Poas wydawał się być świetnym rozwiązaniem.

O świcie zapakowaliśmy ostatnie manatki a ja pobiegłam do pobliskiego bankomatu wybrać jakieś pieniądze. Niestety maszyna odmówiła wypłaty gotówki a podobno w Montezumie nie mogliśmy na bankomat liczyć, więc chcieliśmy się zabezpieczyć przed pozostaniem bez grosza przy duszy.

Podróż do Rezerwatu Lasu Mgielnego w Monteverde miała rozpocząć się po południu.

Zapowiadał się zdecydowanie adrenalinowy dzień. Po pysznym śniadaniu byliśmy lekko podirytowani nieustającą wilgocią tego miejsca. W nocy lało, o świcie lało i zaczynaliśmy się martwić o powodzenie naszej „ekspedycji”.

W końcu zasiedliśmy przed północą w autobusie. Klima buchała z każdej strony, ale bez trudu zasnęliśmy. Wybudziło nas poranne przejście przez granicę z Kostaryką o trzeciej rano, które trwało aż do w pół do szóstej. Nigdy w życiu nie widziałam tak niesprawnej odprawy celnej.