Z Pak Chong udało nam się dodzwonić do Green Leaf Guesthouse rekomendowany przez książkowy przewodnik jako idealne miejsce dla backpackera (schludne warunki za niską cenę).

Podczas gdy po rzece mknęły kolejne grupy na kajakach bądź na tzw. "tubach" (czyli oponach), oddając się raz mniejszemu, raz szybszemu nurtowi, my zastanawialiśmy się nad kolejną atrakcją.

... niezapomniane zachody słońca, chilloutowa muzyka od samego rana, imprezy na plaży z intrygującym pokazem ogni, wytatuowani młodzi ludzie i - niestety -wyjątkowo smutne twarze Tajlandczyków.

O poranku znowu, tym razem w komplecie, stawiliśmy się przed drzwiami Green Leaf w oczekiwaniu na kolejną, całodniową wyprawę do dżunglowego parku. Liczyliśmy na ujrzenie dzikich słoni, nietypowych egzotycznych okazów, poczuć klimat tajlandzkiej dżungli i odświeżyć wspomnienia z klimatów amazońskich.

A właściwie nam, bo do Bangkoku doleciała do nas rodzina z Polski.

Pierwszego dnia w Bangkoku zgotowałam mojej rodzinie "ostre zwiedzanie".

Bangkok to nie tylko zabytki, ale i bogate życie nocne, bary pełne osób niewiadomej płci oraz tanie zakupy. Rodzina, która dołączyła do nas na krótki pobyt w Tajlandii otrzymała zamówienia zakupu ciuchów od pozostałej rodziny i bliskich znajomych.

Po odnalezieniu swego raju na ziemi, czyli idealnych drewnianych bungalowów wśród dżunglowej scenerii ogrodu, w którym stały oraz najpyszniejszej kuchni naszego resortu, pozostało nam czerpać uciechę z darów wyspy.