Lokalny pociąg wjechał na, rozgrzaną słońcem już od porannych godzin, stację w Zamyn-uud. Ledwo z niego wysiedliśmy, a do wagonów rzuciła się chmara pracowników kolei doprowadzając pociąg do czystości. Myli nawet okna od zewnątrz.

W nocy dopadła Julka "zemsta Faraona". Nawet bidul nie zdawał sobie z tego sprawy, że wymioty i biegunka mogą być oznaką jakiegoś niefajnego ataku bakterii.

Do perfekcji opanowałam przygotowywanie posiłków dla Julka. Coś z niczego. I mimo, że bazowałam na ogólnodostępnych chińskich produktach lub lekko zachodnich z drogiego pobliskiego europejskiego sklepiku zajadał się tym, jak w Polsce. Pokrzepiło nas to i ze zdwojoną siłą rozpoczęliśmy dzień od najważniejszych atrakcji stolicy Chin.

Mimo że po trzech dniach spokoju, oswajania się z ruchliwym i kolorowym miastem oraz jednym dniu w Zakazanym Mieście, Krzysiek uznał, że chciałby się odprężyć w jakimś typowym parku Pekinu.

Czyż nie mówiłam, że nabraliśmy tempa podróżniczego? Otóż dzień kolejny to podbój Chińskiego Muru i jednej z jego odnóg leżącej blisko Pekinu.

Godziny w Pekinie uciekały a ilość atrakcji nie malała. Kolejny w planie był Summer Palace (Pałac Letni). Podniosłam sobie poprzeczkę i na cały dzień postanowiłam wybrać się tam sama z Julem.

Na pożegnanie z Pekinem, tuż przed pierwszą podróżą szybką koleją chińską, zafundowaliśmy sobie atrakcję pod postacią kaczki po pekińsku. W Chinach kaczkę można zjeść w wielu miejscach, ale nigdzie (podobno) nie smakuje tak dobrze jak w stolicy.

Gdy już znaleźliśmy się w 50-metrowym apartamencie z łazienką, kuchnią i sypialnią połączoną z małą częścią jadalną, z przyjemnością odetchnęliśmy z ulgą. Za oknem, z 26 piętra naszego wieżowca, rozciągał się piękny widok na Xinghai Square obecnie zastawionego potężnymi namiotami piwnymi, gdyż (tak się złożyło) odbywał się tu coroczny festiwal piwny (coś na miarę Octoberfest).