Blog

20 Paź

KO MUK - DŻUNGLOWA WYSPA BEZ TURYSTÓW

Posted by

Opuszczając spokojny domek na uboczu ("dzielnica" Langkawi), nie spodziewaliśmy się, iloma różnym środkami transportu będziemy tego dnia się przemieszczać. Gdybym o tym wiedziała będąc jeszcze w Polsce, postukałabym się w głowę z niedowierzania.

Czym teraz jedziemy?

- spod resortu do portu wzięła nas taksówka (15 km w 20 minut);
- stąd szybki i równie zimny jak w tą stronę wodolot (ze względu na klimatyzację) w godzinę dostarczył nas na ląd w Tajlandii, do miejscowości Satun;
- po równie szybkiej odprawie (otrzymując przewidywany 2-tygodniowy stempel wizowy) wsiedliśmy w busik do Trang, upchany Europejczykami zmierzającymi do bardziej zatłoczonego Krabi (2 godziny);
- wysiedliśmy pod małą agencją turystyczną w Trang (gdzie zrobiliśmy szybkie zakupy spożywcze oraz zjedliśmy długo oczekiwany tajlandzki posiłek:), skąd samochód osobowy zabrał nas do przystani taksówek wodnych (morskich; około 40 minut);


- a z przystani prywatna "longtail boat" (ze względu na posezonowość i brak chętnych) w godzinę wśród niezapomnianych widoków "dostarczyła" nas na rajską niewielką wyspę zwaną Ko Muk lub Ko Mook;
- w porcie czekali już na nas "wysłannicy" resortu ad hoc wybranego w biurze w Trang, skąd w cenie pokoju mieli zabrać nas do nowego lokum. Jechaliśmy taksówką pod postacią motorynki z przyczepą a Lisu jako pasażer drugiego motocykla. Julek był wniebowzięty taką ilością pojazdów tego dnia.

Moja rada: jeśli nie chcesz przepłacić, transport organizuj na własną rękę na miejscu (co też wiązać się może z utrudnieniami, brakiem transportu "na zawołanie" i mniejszym komfortem).

Wyspa Ko Muk...

...była niewielka, lecz różniła się od popularnej wśród Zachodu Koh Tao. By dotrzeć do tańszej, dzikszej i mniej turystycznej części z najlepszą plażą Had Farang trzeba było wziąć z portu taksówkę. Tu nie bardzo dało się pochodzić i poszukać noclegu, przebierać i marudzić. Były ekskluzywne resorty przy porcie za 3000 bahtów za noc (oczywiście robiące wrażenie, ale z plażą będącą pod wpływem wiecznych odpływów, co zmuszało plażowicza do pokonania kilkudziesięciu metrów do morza, by w nim w ogóle zamoczyć stopy). My do Had Farang jechaliśmy betonową wąską drogą, wielokrotnie przecinaną błotnistymi odcinkami, wśród soczystej zieleni dżungli, wiejskich domków tubylców, by na końcu dojechać do jedynie dwóch resortów otwartych w tym czasie.

ZMIENNA AURA

Ko Muk przywitało nas ulewą. Właściwie zdążyliśmy się przyzwyczaić do zmian pogodowych. Deszcze w dżungli są zjawiskowe. Wraz z podeszczowym słońcem, pojawiają się zamęczające nas komary, na które nie działa nic. Na "naszą" plażę docieramy w towarzystwie bezpańskiego psa, którego nad morzem przegania wataha tej samej rasy, ale z widocznym prawem do zarządzania owym terenem. Julek wygląda jak spuszczony ze smyczy i biega po plaży, jakby najadł się szaleju. Po chwili o zmroku stoi koło nas w mokrych ubraniach, dyszący i szczęśliwy. My za to wchłaniamy atmosferę bezludnej plaży, cudnie zachodzącego słońca opierającego swe ostatnie promienie na pobliskich mniejszych wyspach Archipelagu Trang. Tu też zauważalny jest duży odpływ. Widoczne są nawet idące w morze czarne skałki, których nie zauważamy już kolejnego dnia z rana. Wtedy chowają się pod lazurowymi wodami otaczającego nas morza.

UKRYCI W DŻUNGLI

Z podróży po Amazonii zauważyłam sporą zależność naszego zachowania i samopoczucia od lasów tropikalnych. Właściwie nieustająco byliśmy głodni, a otumanieni dużą dawką świeżego dżunglowego powietrza, spaliśmy prawie nieustająco (jakbyśmy wszyscy mieli problem z cukrem:). Julek obudził się w Ko Muk o 6 rano, więc na dzieci to chyba nie działa:). Zasypiając w parnym powietrzu po długiej ulewie, schowani w moskitierach naszego drewnianego bungalowa, obudziliśmy się w piękną, słoneczną pogodę. Cykady ucichły. Roślinność lśniła o poranku jakby jeszcze intensywniej.

Za dnia morze na naszej plaży również wydawało się barwniejsze, a cały obraz otoczenia niczym z filmu przyrodniczego. Poddaliśmy się błogiemu lenistwu, przerywanemu gorącymi morskimi kąpielami, obserwacją krabo-ślimaków (krabów schowanych w ślimakowych muszelkach:) oraz ponownie pysznym obiadem w pobliskiej restauracji z widokiem na plażę.

Magiczne krajobrazy

Obecna pogoda podobno nie pozwala zeksplorować tutejszej atrakcji, jaką jest Szmaragdowa Grota o długości 80 metrów. Na jej końcu znajduje się zapierająca dech w piersiach zielono-szmaragdowa laguna. Zazwyczaj można ją podziwiać na kajakach, lecz w tym okresie morze jest na to zbyt wzburzone, przez co staje się również niebezpieczne. Pozostaje  snorkeling przybrzeżny i poznanie wyspy z jej różnych stron dzięki ponownemu przemieszczeniu na fajnych motorowych taksówkach (które same w sobie stanowią nie lada przygodę). Nasza wyprawa do portu zakończyła się zabłoconymi po "pachy" stopami, gdyż motor zakopał się z nami w głębokim mule. Gdy przy brzegu chcieliśmy wymyć nogi z błota, musieliśmy biec do wody kilkadziesiąt metrów ze względu na owy spory odpływ. I to nie był nasz ostatni maraton, bo kolejny wymuszony został zacinającym deszczem zapowiedzianym groźnymi grzmotami, pociemniałym niebem i ponowną ulewą.

Po krótkim, choć złowrogim pokazie sił podniebnych, wyspy i otaczające je morze przybrały jakby spokojniejszych, niesamowitych odcieni koloru niebieskiego i zieleni. Przed oczami zaczęły pojawiać się pocztówkowe widoki. Zresztą Ko Muk jest idealne właśnie na pocztówki.

Lenistwo na Koh Muk nie miało się ku końcowi. Czerpaliśmy całymi piersiami czas tu spędzony. Jednak czekał na nas kolejny cel - wyprawa przez Archipelag Trang do słynnej Koh Phi-Phi.

Fot. Wyspa Koh Muk z dzieckiem (2014).

Comments

  • Asia

    Tak, i to dodaje jeszcze więcej uroku podróżowaniu po Tajlandii. Słowo "szmaragd" powoduje, że liczy się podświadomie na jakieś skarby:) mimo że prawdopodobnie sama wyprawa kajakiem byłaby nie lada przeżyciem:).

    Asia środa, 27 kwiecień 2016 13:12
  • Evi Mielczarek

    O fajnie, tam mnie jeszcze nie było :) Tajlandia taka jest, że czasem podróżuje się czym popadnie byle do przodu. Ja kiedyś z Chiang Rai na Ko Samed transportowałam się samolotem (do BKK), potem taxi na dworzec Ekkamai, potem busem do Ban Phe a potem rozklekotaną łódeczką już na wyspę :) Zajęło nam to cały dzień!
    Kajaki do Szmaragdowej groty brzmią fajnie, mam nadzieję, że kiedyś spróbuje! :)

    Evi Mielczarek środa, 27 kwiecień 2016 12:50
  • Seweryn Lipiński

    Witam Liski!
    Wróciliśmy szczęśliwie. Aklimatyzacja do warunków UE w moim przypadku trwała 3 doby. Chciałem bardzo jeszcze raz podziękować za zorganizowanie naszego wyjazdu i przyjęcie na miejscu. Serdecznie Was pozdrawiam, ucałujcie mojego kolegę Julka.
    Seweryn
    Ps. Do zobaczenia w kraju.

    Seweryn Lipiński wtorek, 21 październik 2014 08:12

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.