Blog

16 Paź

WIELOKULTUROWY GEORGE TOWN I SZTUKA ULICZNA

Posted by

Odkąd podjęliśmy decyzję o powrocie do kraju z Tajlandii, Malezja odpadła z naszej listy odwiedzanych krajów azjatyckich. A że przekraczając tajlandzką granicę wbito nam 15-dniową wizę w paszport, było to dla nas zdecydowanie za mało. Najtańszym sposobem jej przedłużenia było opuszczenie kraju i ponowne wjechanie. Malezja okazała się jedynym sąsiadem, od którego za darmo otrzymywało się 90-dniową wizę. Za parę dni planowaliśmy zrobić nawrotkę, stając się jednocześnie posiadaczami bezpośrednich biletów lotniczych z Bangkoku do Polski, lotu planowanego na 3 listopada. Musieliśmy czasowo wpasować się w kolejny termin ważności wizy.

Niekończąca się podróż do Malezji

Z Ko Tao zorganizowaliśmy dwa łączone przejazdy: dla rodziny prom-autobus (kierunek Bangkok), dla nas prom-autobus (kierunek wyspa Penang, George Town w Malezji). Wiemy, że im się dłużyło niemiłosiernie a na katamaranie podczas wzburzonego morza cała ekipa statku wymiotowała. My w rezultacie przemieściliśmy się pięcioma pojazdami, licząc mniejsze taksówki, busa z nieprzyjemnym Tajlandczykiem nierobiącym postojów na WC oraz samochodem osobowym (który był dla nas zaskoczeniem i zastanawialiśmy się, gdzie tak naprawdę skończymy tą podróż). Poza koniecznością wzięcia aviomarinu przeze mnie na statku (gdy nim bardzo w nocy bujało), wszystko poszło według planu. W George Town czekało już nas tylko długie poszukiwanie ciekawego, nieklitkowego lokum na parę dni:).

Miasto słynęło z pysznej międzynarodowej kuchni (z naleciałościami chińskimi, malezyjskimi i indyjskimi), ciekawych świątyń (którymi w Bangkoku zdążyłam się nasycić) oraz sztuką uliczną skrytą w tajemniczych, wąskich uliczkach (głównie Armenian Lebuh). Trójwymiarowe obrazy na ścianach murów, budynków i innych możliwych ulicznych powierzchniach powstały w 2012 roku, a że do teraz zdobyły wielu fanów, obecnie można zakupić nawet T-shirty z obrazkami owej sztuki.

Malezyjska gościnność i międzynarodowa kuchnia

Dzielnice chińskie i indyjskie kuszą zapachami curry, chilli i ogromną otwartością anglojęzycznych mieszkańców Malezji. Gdyby nie fakt, że nasz budżet zmniejszał się z każdą minutą przez wygórowane, niemalże europejskie ceny tego kraju, mógłby on konkurować z innymi pod względem przede wszystkim  sympatycznego podejścia mieszkańców tej części Azji. Tu nawet bezdomny, budzący się po nocy na twardej chodnikowej posadzce witał nas uśmiechem i podaniem dłoni Julkowi, bez jakiegokolwiek żebractwa. Mnóstwo tu rowerowych rikszarzy ze spokojem przyjmujących odmowę przejażdżki przez co drugiego przechodnia.

W George Town można by przebierać w knajpach, jeśli ma się na to czas i duży żołądek. My intuicyjnie dotarliśmy do night market, ale takiego, w którym ogromna hala z rozsuwanym dachem mieściła mnóstwo kramików ze wspomnianą międzynarodową kuchnią. Do wyboru do koloru, każdy znalazł coś dla siebie. Julek przypomniał sobie, że lubi barbecue (grilla), razem z Lisem wspominaliśmy kuchnię chińską, a na koniec próbowaliśmy ichniejszych lodów i dziwnych soków (których akurat nie polecam - słone i cynamonowe, dziwny miks).

Zakupiliśmy też bilety na prom do wyspy Langkawi, gdzie planujemy ponownie wybyczyć się na plażach, ale w malezyjskich warunkach:). Piwa pewnie się nie napijemy, bo w sklepie najmniejsze kosztuje około 8 RM (czyli 8 złotych). Ceny dochodzą do 25 zł za 0,5 l piwa w sklepie. "Moje" wino kosztowało od 80 zł w górę, chociaż fartownie zlokalizowałam ostatnią czerwoną, wytrawną butelkę tego nektaru za niecałe 40 zł.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.