Blog

06 Wrz

PODBÓJ HALONG I LAN HA BAY KAJAKIEM

Posted by

Podzieliliśmy się z Lisem opieką nad Julem. Jednego dnia spędzałam z małym dzień w Cat Ba, podczas gdy Lisu miał odbywać jednodniowy rejs po zatoce połączony z paroma atrakcjami: odwiedzinami w rybackiej wiosce na wodzie, opłynięciem statkiem części Lan Ha i Halong z majestatycznymi, skalnymi wybrykami natury, eksplorowaniem na kajakach paru grot i lagun ukrytych wśród wysp, odwiedzinami sztucznie oświetlonej groty (umieszczonej w głębi skały, ze spacerem wewnątrz i przeciskaniem się wąskimi przejściami), lunch na morzu oraz pływanie w pobliżu jakiejś bezludnej wysepki z rurką.

Halong i Lan Ha składały się z ponad 400 mniejszych lub większych wysepek. Niewiele z nich miało choć skrawek białej plaży, a dobicie do lądu takiej wyspy nie było możliwe. Każda bowiem stanowiła pionową ciemną skałę porosłą dziką roślinnością (palmami, juką i innymi kwiatami, które niektórzy z nas uprawiają w doniczkach w swoich mieszkaniach).

Deszczowa przygoda Lisa

Krzysiek był wybrańcem pierwszego dnia wycieczki. Ja miałam dochodzić do siebie, zasilana lekami. O godzinie 8 rano, po pysznym śniadaniu hostelowym (również w cenie a wybór był szeroki), miał stawić się pod biurem organizującym wyprawę. Pogoda była niepewna. My z Julem postanowiliśmy wybrać się na plażę z całym ekwipunkiem przeciwdeszczowym, bo często padało tu z zaskoczenia, mimo że nic na to nie wskazywało, a czasem nawet podczas pełnego słońca zaczynało lać ni stąd ni zowąd. Gdy w ślimaczym dziecięcym tempie wyruszyliśmy około 10 w kierunku morza, rozpadało się. Robiliśmy parę podejść do wyjścia z domu. Nawet dotarliśmy pod wiatę toalety publicznej tuż przy plaży, ale gdy spędziliśmy w tych cudownych warunkach pół godziny, zarządziłam powrót. Łudziłam się, że w końcu się rozpogodzi. Niestety z każdą minutą było coraz gorzej, ostro padało, zerwał się porywisty wiatr, drzewami targało w te i we wte. Nie przejmowałam się nudnym dniem, ale martwiłam się o Krzyśka, który w takich warunkach przebywał na otwartym morzu.
- Czy tu bywają cyklony? - Zapytał jednego dnia Krzysiek w Halong City, po wyczytaniu takich informacji w przewodniku. Z jednej strony okres typowo wakacyjny był najlepszy na plażowanie w Wietnamie, a jednocześnie morze miało być wzburzone i cyklony nawiedzały wybrzeże dość często.
- Co takiego? - Na twarzy właścicielki hotelu zauważalne było zdziwienie. - Nie. Nawet jeśli coś takiego ma miejsce, to zdecydowanie omija Halong Bay. Zatoka osłonięta jest tyloma wyspami, że fale zatrzymują na nich swą siłę. - Starałam się  trzymać tej informacji myśląc o Krzyśku, ale powalone na ulicach gałęzie nie powstrzymywały mojej wyobraźni. Bałam się, że jeśli po 17 nie zobaczę go (bo wtedy kończyła się wycieczka), będę ostro zdenerwowana.

Gdy zajadaliśmy się późnym obiadem, przed 17 przyszedł przemoczony do suchej nitki Krzysiek. Nie wyglądał na przerażonego. Przeciwnie. Z twarzy nie schodził mu uśmiech. Właściwie był szczęśliwy.
- Żyjesz ? - Zapytałam, jakbym zapomniała, że widzę go przed sobą.
- Tak, było super. To znaczy lało cały czas, ale była przygoda. No może powrót statkiem do Cat Ba wydawał się trochę trudniejszy, bo fale były już dość spore. Właściwie jedna nawet zalała naszego przewodnika, który stał na burcie. - Potem pokazał mi filmik, na którym to zdarzenie przypadkiem uwiecznił. Jak i wiele innych, które potwierdzały jego euforię i faktyczne zadowolenie. - Ale tak naprawdę w mieście wydaje się, jakby przeszedł jakiś huragan.
- Tak, tutaj wyglądało to niebezpiecznie, więc nie chce mi się wierzyć, że na morzu było spokojnie. - Krzysiek opowiedział w szczegółach o wyprawie.Trafiła mu się 18-osobowa grupa (w tym para Francuzów, których poznaliśmy wcześniej na plaży) samych młodych osób, wysportowanych, szczupłych backpackerów. Właściwie od godziny 10 cały czas padało i tą część spędzili w kajakach. Deszcz był ostry i zimny, przez co zmarzli i właściwie woda w morzu wydawała się być cieplejsza, więc każdy z upragnieniem czekał  kąpiel w nim. Gdy ta przyszła, Krzychu był już tak przemarznięty, że ubrany we wszystkie możliwe ciuchy, modlił się w głębi duszy, by nie wrócić z zapaleniem płuc. Młodzież wychodziła wtedy z siebie. Skakali z najwyższego pokładu statku, robiąc wydziwiane pozy podczas skoku. Pływali na otwartym morzu i gdy już każdy choć trochę się ogrzał, zawrócili po lunchu do domu.

Wymarzona upalna aura

Moja wycieczka przyszła 2 dni później. Obawiałam się pogody i braku siły poprzez wymęczenie chorobą, więc planowałam odbyć spokojniejszą wersję, bez kajaków. Wycieczkę wykupił mi Lisu i zapomniał o moim planie i nie wiedział, że jest opcja rejsu bez kajaku, więc wykupił mi tą samą. W przeciwieństwie jednak do niego trafiła mi się wymarzona gorąca pogoda. Słońce grzało już od godzin porannych, więc postanowiłam zdobyć się na próby kajakowe. Trafiła mi się też o połowę mniejsza grupa, głównie rodzinna, z równie samotną dziewczyną jak ja teraz, więc od razu do siebie przylgnęłyśmy. Również nie planowała pływać na kajakach tłumacząc się kontuzją ramienia, ale namówiłam ją.
- Nie martw się. Zobacz, w każdym kajaku jest jakieś słabsze ogniwo. Albo dziecko, albo nigdy niepływająca kobieta. Nie jest to wyścigowy skład, więc możemy zaniżać tempo grupy:) - Śmiałam się do niej.
- Przekonałaś mnie. Myślałam, że trafi mi się napakowana ekipa, więc ból ręki trafił się jak ulał. - Odpowiedziała Finka, która pierwszy raz w życiu wybrała się na samotną podróż po Azji. Potem się zastanawiałam, jak zdecydowała się na ten czyn, bo wydawała się  bardzo asekuracyjna, trochę strachliwa i zapobiegawcza. Ale przy tym wszystkim była również bardzo zabawna.

Sama przygoda była magiczna, piękna i zadziwiająca. Niestety, gdy już prawie wychodziłam z domu na wycieczkę, przebudził się Julek. Spojrzałam na niego i się dosłownie załamałam. Miał podpuchnięte oko, jakby dzień wcześniej zaliczył limo w bójce, a dodatkowo całą spojówkę miał ostro czerwoną a rzęsy posklejane ropą. Gdy zauważyłam równie zrezygnowaną minę Krzyśka, wiedziałam, że podczas wyprawy cały czas będę myślała o małym.
- Kurde, czy ten nasz niefart się kiedyś skończy? - Krzysiek był wściekły. - Najpierw broda Julka, Ty chorujesz od ponad tygodnia i brzmisz jakbyś miała początkową astmę a nie jakąś anginę, a teraz znowu Julek. No i co ja mam zrobić teraz? - Pozostawało mu w ten gorący dzień siedzieć w domu lub spokojnie spacerować po deptaku Cat Ba. Piasek był tu wyjątkowo drobny i łatwo było o otarcie czy podrażnienie oka. Przypomniałam sobie, że młody pracownik hostelu również parę dni wcześniej chodził z zaczerwienionym i podpuchniętym okiem. To może był to wirus? W takich momentach żałuje się, że nie ma się ze sobą całej domowej apteczki na "każdą okazję".

Kajakowy raj

Bus wypchany naszą 8-osobową grupą podjechał pod pobliski port, z którego stateczki wyruszały na Zatokę. Ledwo odbiliśmy od brzegu, a ku naszym oczom pojawiło się duże miasteczko na wodzie. Małe drewniane chatki w odcieniach "blue" dryfowały na ręcznie zrobionych platformach (w składzie konstrukcji były plastikowe butle po jakichś płynach, siatki między zbitymi deskami, sieci rybackie) a przy domostwach często wisiały hamaki i plątał się pies. Każdy żył tu z morza. Morze dawało mieszkańcom pożywienie, ale i sprzedawali oni je na wyspie (lądzie). W oko rzucił się też duży market z produktami spożywczymi i potężne łajby do połowu jakichś owoców morza.  Jeszcze tylko podpłynęła do nas sprzedawczyni ze swoją wypchaną jedzeniem po brzegi łódką i wypłynęliśmy na spokojniejsze wody. Mijaliśmy mnóstwo wysp, w wielu można było dopatrzeć się jakichś wymyślnych kształtów. Przewodnik wystawił na górnym pokładzie leżaki do opalania. Żyć nie umierać. Było błogo. Nawet jakaś wrona znudzona lotem, przysiadła na szkielecie dachu łajby.

Rozpoczęła się najbardziej ekscytująca część wycieczki - kajaki. Byłam rozemocjonowana, bo ostatni raz na kajaku pływałam po polskim jeziorze, gdy Julek był w brzuchu. A teraz miałam spróbować na otwartym morzu. Trafił mi się jakiś dwudziestolatek, który na wakacje przyjechał z rodzicami. Niestety nie był to wyżyłowany backpacker, tylko nieśmiała ciapa, z którą co chwilę płynęłam w innym kierunku do zamierzonego. No ale ważne, że w ogóle płynęłam:). Mojej koleżance trafiła się starsza Niemka, z którą rozpoznałyśmy się również z plaży (była około 50-tki i ona to dopiero była wyżyłowana; skakała po wzburzonym morzu jak jakiś surfer, ale bez deski). Morze było spokojne. Rozpoczęliśmy spokojną eksplorację pobliskich grot. Zaczynaliśmy od szerszych, długich i ciemnych (jak cholera) przejść, podczas których trzeba było używać latarek, by kończyć na wąskich szerokości kajaka (więc trzeba było płynąć gęsiego). Był to najbardziej emocjonujący moment, gdy wpływaliśmy do straszliwie ciemnej, pełnej grozy kapiącej z sufitu przestrzeni, gdzie echo wiodło prym i czasem nad głową przeleciał nietoperz. Ja z moją ciapą musieliśmy przy pierwszym przejściu ustawić się w poprzek, bo czemu ma być łatwo?:). Potem dałam chłopakowi szansę się wykazać, bo był tym wioślarzem z tyłu, czyli jakoby z większymi umiejętnościami kapitanem kajaku. Laguny, które wyłaniały się po drugiej strony groty były takie spokojne, z seledynowo-lazurową (o dziwo!) płytką wodą, widocznymi koralowcami czy ławicą drobnych rybek. Tu też jedna latająca ryba dała nam show długiego lotu, jakby ktoś rzucił nią jak "kamieniem o wodę". Odbijała się od powierzchni kilkanaście razy.

Po 2 godzinach wiosłowania zdecydowanie wszystkim kiszki grały marsza. Z przyjemnością wróciliśmy na łajbę na obiad złożony z owoców morza. Była ryba w sosie pomidorowo-ziołowym, tofu w podobnym sosie, sajgonki z warzywnym wnętrzem, gorąca kapusta, krewetki i mule (te akurat w Wietnamie przyszło mi jeść bez smaku), ryż i arbuz na deser. Część urządziła sobie poobiednią sjestę, a pozostali (w tym ja z Finką) rozłożyli ciałka na górnym pokładzie, by złapać trochę opalenizny.

Groty i snorkeling

Załoga statku była zdecydowanie wyluzowana i nie spieszyła się nigdzie. Też by mi to nie przeszkadzało, gdyby nie troska o synka. Z opóźnieniem przepłynęliśmy do groty, którą zwiedzaliśmy pieszo, przeciskając się przez wąskie przejścia. Na dłuższą metę mogło by to być klaustrofobiczne przeżycie. Gdy wyszliśmy z groty parę stopni wyżej, ku naszym oczom pojawił się widok laguny z lotu ptaka a ukrytej między ciasno przytulonymi do siebie wyspami. Przewodnik mówił, że nie ma jakoby dojścia do niej od morza, lecz on nie wierzy w to. Bo niby z czego utworzyłaby się ta laguna, z deszczówki? Parę stopni w górę i ujrzeliśmy mały zarys Cat Ba. Upał był nieznośny, więc z utęsknieniem czekaliśmy na kąpiel gdzieś wśród wysp. Odwaga, nawet tym odważniejszym, jakoś tak odeszła, gdy stanęliśmy na otwartym morzu, dość daleko od plażyczek wysp, które nas otaczały.
- Możecie skakać z górnego pokładu. - Zawył z radością przewodnik, a po konsternacji na twarzach turystów można było wyczytać, że to był chyba żart z jego strony. - Naprawdę możecie, ale jak chcecie można też stąd. - Wskazał pierwszy pokład niedowiarkom. - Jak wskoczycie, rzucę Wam maski i rurki.  - Oczywiście nie wyrwałam się pierwsza do skoku, bo jakoś raźniej w kupie, wiec czekałam, aż ktoś zrobi to przede mną.

Wskoczyli Niemcy, potem moja Finka. Tyle, że zaraz w panice zaczęła poszukiwać na oślep drabinki statku, jakby zapomniała, że nie potrafi pływać. Razem z przewodnikiem wstrzymaliśmy oddech.
- Matka od małego straszyła mnie głęboką wodą i mi tak zostało. Muszę pływać blisko statku a najlepiej na wyciągnięcie ręki obok schodków. - No czyż ona nie była zabawna?:). Wcale nie lepiej było z 12-letnią Niemką, którą również widziałam w odważnej akcji na plaży, a tu dostała jakiejś blokady i panicznie chwyciła przywiązanych do łajby kajaków.
- Ale mi się grupa trafiła. - Pomyślałam sobie i zaśmiałam do siebie. Wskoczyłam z  pierwszego pokładu, ale zrezygnowałam z maski, gdyż mój uporczywy kaszel powodował wzmożone duszności przy oddychaniu przez rurkę. Zresztą pod nami było tak głęboko i granatowo, że przez maskę za Chiny nic bym nie zobaczyła. Niemka wymyśliła, że da córce kamizeelkę ratunkową i tym sposobem dziewczynka chętnie płynęła z rurką do brzegu wysepki.
- Już myślałam, że to będzie jej ostatni "snorkeling" (nurkowanie z rurką). - Powiedziała do mnie, gdy we trzy płynęłyśmy na plażę. Odcinek był spory, ale nie stanowił problemu. Na brzegu musiałyśmy uważać na szorstkie podłoże, poskorupiakowe, z elementami rafy. Mały oddech i spacer po 10-metrowej plaży, zebranie unikatowych muszelek dla bliskich i wypchanie nimi staników i powrót do statku, którego - gdyby nie kotwica - mocno zniosło by kilkaset metrów dalej.

Wirusowe fatum

W spokoju, przyjemnie zmęczeni aktywnym dniem wracaliśmy przez Halong i Lan Ha Bay o zachodzie słońca do Cat Ba. Przyciemnione barwy tajemniczo oświetlały wyspy. Po troszkę wzburzonym morzu wracali do domu rybacy. Gdy przed biurem podróży ledwo pożegnałam się z uczestnikami wycieczki, usłyszałam swoje imię. To Krzysiek wołał mnie z naprzeciwległego placu, gdzie Julek jeździł na elektrycznym motorze. Ucieszył mnie widok normalnego oka dziecka. Jednak teraz Krzysiek miał swoje podczerwienione i lekko zapuchnięte. Okazało się, że zapalenie spojówki bardzo często się tu zdarza i gdy tylko nasza kochana właścicielka hostelu zobaczyła ich na śniadaniu, pobiegła sama do apteki i kupiła 2 rodzaje kropel. Nie chciała za to pieniędzy tłumacząc to faktem, że zachorowali pod jej dachem i ona chce je kupić i już. Krople ekspresowo podziałały na małego, a oporniej na Krzyśka. Na tyle, że zrezygnował z wycieczki kolejnego dnia - trekkingu po Parku Narodowym Cat Ba. Właściwie cały dzień spędził w łóżku. Bolały go oczy jakby miał w nich piasek, był osowiały i nie miał siły.

Oj, coś długo ciągnęły się za nami te dziwne choroby. Zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad Kambodżą i Laosem, których praktycznie cały obszar stanowi duże ryzyko malarii. Oczywiście nie jeden w tych krajach był, przy okazji oceniając je za jedne z piękniejszych i z cudownymi ludźmi, ale przy naszym ostatnimi czasy braku szczęścia do zdrowia i łapaniu wszystkiego po kolei, stanowiło to zbyt duże ryzyko. Czy będziemy mieli chęć smarować się repelentami przez całą dobę, lub zakładać ubrania z długimi rękawami i nogawkami w upalne lepiące dni, by się chronić przed ugryzieniami? Łykać Malaronu nie zamierzaliśmy. A Julka gryzło coś ciągle mimo pozornie brakujących insektów w okolicy. Liczyliśmy, że nad wyraz długi pobyt w odosobnionej Nam Cat Ba oczyści i uspokoi umysły, pozwoli zastanowić się nad dalszymi krokami i wszystkim zdrowotnie dojść do siebie. Jak nic, rodzina paralityków... :).

 

Comments

  • asia

    No widzisz Kamiś, coś nie idzie mi zębna fotografia:) Szukam i szukam, a tu jak na przekór ładne zęby a szczerbaci się niechętnie uśmiechają:). Klinik stomatologicznych nie widuję w ogóle.

    asia poniedziałek, 08 wrzesień 2014 11:50
  • Kamil

    Moi drodzy, przepiękny ten kraj, wyspy, skały ! Super, a jak z uzębieniem tubylców ?? ;)) Kamil

    Kamil sobota, 06 wrzesień 2014 18:02

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.