Blog

28 Sie

HALONG BAY - WIETNAMSKI RAJ

Posted by

Cała podróż między Chinami a Wietnamem, od punktu A do B, zajęła nam prawie 12 godzin. Najpierw regularny rejsowy autobus chiński podwiózł w zawrotnym tempie do granicy, skąd malaksy przewoziły nas już pomiędzy granicami a potem do kolejnego transportu już po stronie Wietnamu.

Przekroczenie granicy chińsko-wietnamskiej

Nie spotkało nas nic nieprzyjemnego, nikt nie próbował wyłudzać od nas jakichś dodatkowych opłat, przeprawa była nawet dość sympatyczna, gdy urzędnicy obejrzeli mój paszport jeszcze ze stemplami z Ameryki Południowej. Każdy się uśmiechał, nie było żadnego problemu z niczym. Do Halong City jechaliśmy już mniejszym busem z trzema innymi pasażerami. I tu również trafił nam się bardzo sympatyczny i komunikatywny Chińczyk pracujący w Wietnamie, który dogadał się z kierowcą autobusu, by podrzucił nas pod hotel za dodatkową opłatą. A widoki za oknem.. cóż, takie jak lubimy, bardzo zbliżone do latynoskich, prawdziwe i swojskie, choć wielokrotnie bardzo ubogie . Za oknami migały: rozpadające się chatki, bądź też takie odnawiane (bardziej rozbudowywane w górę niż wszerz i jaskrawo odmalowywane), dziko rosnące palmy, pola ryżowe a na nich pracujący w stożkowych czapkach rolnicy oraz głośne miliony motorynek, motorowerów i samochodów. My też braliśmy udział w maratonie, to była jazda bez trzymanki: na trzeciego, na czołowe, oby do przodu, oby szybciej. Po paru godzinach przywykłam, lecz początkowo prychałam pod nosem, jednocześnie słysząc obok przeklinającego Krzyśka. Julek spał w najlepsze. Dojechaliśmy cali i zdrowi na miejsce. Przywitało nas zachodzące nad Halong Bay słońce. Było rajsko.

Z widokiem na słynną Halong Bay

Hotel BMC wydawał się być starym budynkiem pamiętającym dobre czasy (i te nasze PRL-u), lecz większa część była już odnowiona. Recepcja była czterogwiazdkowego standardu, pokój również. Zachwyciła nas ogromna przestrzeń, eleganckie meble i widok na morze, gdy przebudziliśmy się następnego dnia na śniadanie (w cenie). Niebo wydawało się spokojne, chociaż w nocy musiało mocno padać. W zatoce majaczyły jachty, statki, z oddali do portu zbliżały się potężniejsze promy. A mimo to miasto wydawało się jakieś takie wymarłe. Choć być może bardziej tętniło życiem, gdy upał ustawał wieczorem. Mogliśmy tego doświadczyć na późnym obiedzie dnia wcześniejszego. Pobliską knajpę opanowali turyści do ostatniego wolnego krzesła.

W Halong City spędziliśmy 2 noce, by na spokojnie zastanowić się nad dalszym planem podróży. Poza tym nadal wysoka temperatura uniemożliwiała mi: myślenie, skupienie się, radosne odczuwanie miejsca w którym się znalazłam i odebrała mi siły nawet na zwykły spacer. Dawno nie czułam się tak zmęczona i osłabiona. Mimo to połowę kolejnego dnia spędziliśmy na plaży. Było tak gorąco, że nawet woda w morzu paliła w nogi, a dookoła nie było ani jednego turysty. Julek prze szczęśliwy nie wychodził z wody a i my nie obawialiśmy się, że się przeziębi w tej gorącej jak zupa wodzie. Delektowaliśmy się egzotycznymi widokami Zatoki Halong, zaśmiewaliśmy się z mikroskopijnych krabów, których norki usłane były tuż przy pierwszej fali, a które na naszą obecność reagowały szybkim nurem w dziurkę. Siedzieliśmy pod parasolami jednego z barów.

W pobliskim hotelowi porcie dowiedzieliśmy się, jak najszybciej i najbezpieczniej (bez naciągania) dotrzeć na wyspę Cat Ba. Po kolejnej uczcie kulinarnej w znanej już nam restauracji, postanowiliśmy pożegnać się z miejscem rytualną i przyjemnie chłodzącą kąpielą w hotelowym basenie. Wyglądał na nieużywany przez gości, a w wodzie nie był wyczuwalny chlor.
- Moim zdaniem to deszczówka, ale na szczęście czysta . - Powiedziałam do - i tak nierozumiejącego nic - Julka i wskoczyliśmy do wody. Siedzieliśmy w niej tak długo, że aż dłonie i stopy przypominały rozmięknięte rodzynki i recepcjonista, który przyszedł zapalić papierosa obok basenu, włączył nam w nim przyjemne podświetlenie i relaksujące masaże.

W drodze na Cat Ba

Gdy tylko pozbieraliśmy się z całymi naszymi bambetlami z pokoju i po bufetowym śniadaniu zeszliśmy na recepcję, taksówka już na nas czekała. Mieliśmy do przejechania jakieś 15 km do kolejnej wyspy połączonej z Halong City mostem (zapłaciliśmy jakieś grosze). Na tej znowu znajdywał się port, skąd regularnie odpływały promy na Cat Ba lub prywatne i wielokrotnie droższe łódki czy motorówki. Nasz prom niestety uciekł nam tuż przed nosem, mimo że przewodnik wskazywał cogodzinne rejsy o pełnej godzinie. Przyszło nam czekać 1,5 godziny na kolejny. Nim się obejrzeliśmy do wejścia czekały tłumy turystów wietnamskich, ale i europejskich.  To chyba była pierwsza taka duża grupa obcokrajowców,jaką widzieliśmy podczas naszej podróży. Statek przewoził ludzi jak i samochody, więc po chwili, wypchany po pachy, przemierzał spokojne wody zatoki usłanej niezliczoną liczbą spiczastych zazielenionych pagórków. Julek znowu zaczął robić furorę wśród skośnookich, więc stworzyło mi to okazję do zrobienia paru zdjęć w zamian za obciskanie jego (w sumie bez mojej zgody) i robienie zdjęć z ukrycia lub na siłę. Rejs umilił krótki koncert studentów wietnamskich. Chłopak grał skoczną muzykę na gitarze a śpiewem wtórowała mu grupa kilkunastu osób. Byliśmy widzami w "pierwszym rzędzie":).
 

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.