Blog

20 Sie

NANNING - WIZY DO WIETNAMU I GRYPA

Posted by

Nanning znalazło się na naszej mapie podróży po Chinach tylko dlatego, że poza stolicą, miasto posiadało najwięcej biur pośrednictwa wizowego w związku z przekroczeniem granicy z Wietnamem. Wiedzieliśmy jedynie, że jest to kolejne ogromne kilkunastomilionowe miasto a na miejscu reklamowało się bardzo urozmaiconą kuchnią chińską. Mi niestety przyszło najlepiej poznać cztery kąty naszego pokoju oraz całego hostelowego zaplecza. Gdyż od razu po dojechaniu o świcie po nocnej podróży pociągiem do Green Forest Hostel, poczułam łamanie w plecach.

Grypa zaatakowała!

Całonocna podróż na tzw. "hard seats" dała nam mocno w kość. Okazało się, że wagon jest otwarty jak w plackarcie, z tym że zamiast pozycji horyzontalnej jest siedząca. Po godzinie człowiek nie czuje tyłka, nie ma jak się ruszyć (bo po drugiej stronie stolika siedzi drugi zestaw pasażerów z pakami jedzenia i długimi nogami, którymi się stykamy co chwilę), a gdy przychodzi sen nie ma o co się oprzeć i całe 3 miejsca zajmuje nasze dziecko. Gdy punkt szósta dotarliśmy do budzącego się ze snu Nanning, czułam się jak po przedawkowaniu leków - byłam skołowana, nieprzytomna i nie wiedziałam, czy jest mi ciepło czy zimno.  Stąd też początkowo objawy choroby wzięłam za przemęczenie. Za chwilę potem przypomniałam sobie, że podróży towarzyszyła nieustająca klimatyzacja (przerywana jedynie podmuchami gorąca, gdy pociąg zatrzymywał się na stacji) oraz frykające dziecko z naprzeciwka. Gdy tata podał chłopcu dosłownie garść leków (gdzieś pomiędzy dziesiątym posiłkiem zjedzonym na naszych oczach), zaczęłam obawiać się złapania czegoś na wyjazd  Chin.  

Zdążyłam jeszcze na szybce przejść się z chłopakami po pobliskim sklepowym deptaku Nanning, tworząc sobie w głowię wizję zakupów zmieniających trochę podniszczoną podróżniczą garderobę. Obiady jadaliśmy w hostelu, bo kuchnia bardzo nam podpasowała. Pośrednictwo wizowe powierzyliśmy również recepcji, więc nic tylko spokojnie położyć się na parę dni do łóżka i walczyć z nieugiętą wysoką temperaturą. Opadłam z sił. Lisu próbował zorganizować Julkowi czas w pobliskim parku, który tętnił życiem nawet do północy (nie widziałam, ale słyszałam, bo okna były nieszczelne). I tak mijał dzień za dniem, gdy trybem ekspresowym otrzymaliśmy nasze paszporty z pięknymi wietnamskimi wizami. Krzysiek dzielnie zakupił (samodzielnie) bilety na dworcu autobusowym do Zatoki Halong (a dokładnie Halong City), bez problemu wybierając trzy miejsca obok siebie na daną datę. To z punktu widzenia czytającego wydaje się proste, ale gdyby kasjerka na prośbę Krzyśka odpowiedziała chociażby: "cin ciang ciong", to za chwilę nic nie byłoby już takie zabawne.

Z wietnamską wizą w paszporcie

24 sierpnia zajechaliśmy na poranny autobus międzynarodowy do Wietnamu. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy wskazano nam ekskluzywną poczekalnię ze skórzanymi siedzeniami, komputerami z internetem dla klientów, czasopismami, ciepłą wodą do picia (którą serwowała a la stewardesa) i klimatyzacją. Niestety dworcowa toaleta tuż obok psuła tą bajkę w oka mgnieniu.

Galeria Nanning została bardzo okrojona i nie przedstawia realnego wizerunku miasta. Zdjęcia przedstawiają to, co przez te dni widziałam w chorobie, czyli głównie hostel i to, co za oknem.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.