Blog

14 Sie

LUOYANG, KLASZTOR SHAOLIN I NIE TYLKO

Posted by

Kolejny na drodze był Luoyang, który sam w sobie stanowił kolejne miasto na drodze po Chinach, lecz z niego przede wszystkim można było zorganizować sobie wypady do słynnego Klasztoru Shaolin oraz Grot Longmen wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a będących zachowanym historycznie miejscem kunsztu rzeźbiarskiego przedstawiającym postacie Buddy w skałach.

Park rozrywki dla dziecka

Jako, że te miejsca uznaliśmy za totalną nudę dla 4-latka, a dodatkowo okazało się, że pomoc w organizacji "dostawy" naszych pup na miejsce jest niesamowicie droga, byliśmy zmuszeni (z czego normalnie bardzo byśmy się cieszyli) do samodzielnej organizacji wyprawy. Mieliśmy tylko 2 dni w Luoyang, byliśmy we dwójkę z młodocianym, którego nie chcieliśmy targać po kamiennych budowlach (w jego oczach), a to do kupy oznaczało, że jedziemy na zmianę do Klasztoru Shaolin. Krzysiek wychował się na Bruce Lee, którego był niepowtarzalnym fanem, więc nie mogłam pierwsza wyrwać się do eksploracji miejsca nauk kung fu. Lisu miał przetrzeć ślady i po powrocie opisać cały dzień. Do godziny 19 miałam się nie denerwować.

My z Julem urządziliśmy sobie dzień dziecka i pojechaliśmy do największego parku w Luoyang - Wangcheng, w którym jakoby mieliśmy się dobrze bawić w ichniejszym ZOO. Jako, że nie rozstaję się ze swoim Nikonem, wzięłam go ze sobą, uznając, że Shaolin opstrykam następnego dnia sama i wcisnęłam Lisowi kamerkę do uwiecznienia osobistych obrazów. Na głównej ulicy złapałam taksówkę (nie opanowałam jeszcze pewności siebie w oczekiwaniu na włączenie  przez kierowcę taksometru) i z góry określiłam cenę kursu do parku. Może inaczej, określiła go kobieta prowadząca auto. Wiedziałam, że przepłaciłam, mimo opłaty 10 zł za jakieś 15-20 minut jazdy w korkach. Odległość też była niczego sobie.

Z nieba lał się skwar mimo wczesnych godzin porannych. Brama wejściowa była kolorowa, w dość typowych chińskich rzeźbieniach. Wchodząc do parku Julkowi rzucił się w oko lunapark, którego nie mieliśmy w planie (bo o nim nie wiedziałam), a to spowodowało, że dalsze moje plany spaliły na panewce, bo dziecko nie było już niczym innym zainteresowane. Na siłę przeciągnęłam go po parku peonii, które podobno wczesną wiosną kwitną najpiękniej oferując mieszkańcom niesamowite show kolorów i dorodności. Teraz były bez kwiatów, ale liście miały soczyście zielone. Dalej ciągnął się park z wąskimi alejkami, drzewami rzucającymi tak przyjemny obecnie cień oraz staw i rzeka przecinająca park na połowę.

Najpierw przekupiłam Julka lodami, potem za 15 zł weszliśmy do ZOO, które swoją wielkością przypominało bardziej jakieś większe domostwo agroturystyczne z dzikimi zwierzakami. Niestety odniosłam wrażenie, że te są wyjątkowo smutne i zaniedbane, chociaż jednocześnie przyzwyczajone do turystów i oczekujące na warzywne kąski. A te mogliśmy kupić od pań rozstawionych ze stolikiem przy klatkach z sarnami. Sprzedawały pęki pociętych w słupki marchewek. Gdy tylko zwierzaki dorwały się do Julka smakołyków, z radością przyznał, że już mu się w tym ZOO podoba. Ja za to odnosiłam wrażenie, że dla większości chińskich turystów moje dziecko było większą atrakcją i powodem do robienia zdjęć z ukrycia, niż egzotyczne zwierzę za siatką. Parę razy zainterweniowałam prosząc delikatnie o zaprzestanie robienia zdjęć. Ale niektórzy wychodzili ze skóry z pomysłami na niezauważalną fotografię. Zazwyczaj udawali, że grzebią w telefonie w dość niewygodny sposób ewidentnie skierowany ekranem w Julka. Oh..

W parku rozrywki Julek dostał omal oczopląsu nie wiedząc na co się zdecydować. Tym bardziej, że nie mógł przebierać w karuzelach, gdyż tych dopasowanych do niego wiekowo nie było tak dużo. Po rundce dookoła głośnych atrakcji, zdecydowaliśmy się na podwodny świat, w którym z "kadłuba" na kształt rekina łapał do siatki (jak na motyle:) kulki wyskakujące z pyszczków rybek. Taki misz-masz, ale był zachwycony. A ze względu na jego oryginalny wygląd wśród skośnookich pozwolono mu jeździć dwa razy dłużej. O mały włos nie usnęłam w tej karuzeli. Potem jeszcze edukacyjny, prawie darmowy zakup, papierowego samochodu do samodzielnego złożenia i z powrotem pędziliśmy taksówką do domu.

*

W Shaolin

O Shaolin mogę jedynie opowiedzieć na podstawie relacji Krzyśka, gdyż sama tej podróży następnego dnia nie odbyłam. Istniało zbyt duże ryzyko, że nie zdążę na 17 do hostelu, by zaraz wyjść z niego na wykupiony nocny pociąg do Szanghaju. Filmy z kamery musiały mi wystarczyć jak i opinia Lisa:
- Shaolin było dla mnie istotne ze względu na postać Bruce'a (Lee), historii kung fu i magii nazwy i miejsca. Jednak dostanie się tam na własną rękę było tak męczące i upierdliwe, że Julkowi zrobilibyśmy ogromną krzywdę ciągnąc go tyle godzin w jedną stronę. - Jednak to wszystko mówił mimo wszystko zadowolony i szczęśliwy. Poczuł tę magię, miał chwilę jak dorosły sam ze sobą:), zakupił amulet od mnicha w jednym z klasztorów na terenie Shaolin, spacerował po internacie młodych adeptów, których występ miał również szansę zobaczyć. - Jak młodzi wyciągali na scenę jakiegoś widza, to był ubaw. Zobacz jaki paralityk. - Zaśmiewał się pokazując jedną ze scen pokazu, podczas której młodzieniec wykonywał elementy sztuk walki (kung fu), prosząc by widz ściągnięty na scenę wykonywał (na ile to możliwe) te same ruchy. Na filmie nie było to zbyt wyraźne, ale również uśmiałam się widząc te próby.

Teraz Shaolin Temple składał się z wielu klasztorów. By dojść do tego słynnego, należało przejść kilkaset metrów turystyczną ścieżką, mijając po drodze mniejsze. Ogromne wrażenie zrobiło na nim cmentarzysko mnichów zwane Pagoda Forest. Posągi nagrobkowe usłane były na ogrodzonym terenie niczym las. W tle widoczny był szczyt Wuru, na który - jeśli ktoś miał czas i siłę - można było urządzić sobie trekking.

W pędzie wchłaniał atmosferę miejsca, by ponownie wyruszyć w drogę powrotną do miasta. Dostał wskazówki o dojeździe na miejsce autobusem miejskim, który 25 km pokonywał w 3 godziny, zabierając po drodze każdego chętnego i odjeżdżając od celu wielokrotnie. Powrót miał wyglądać podobnie. Krzyśka rozbawił obrazek walczących o podróżnych naganiaczy autobusowych, którzy niejednokrotnie wybuchali w krzykach i nerwach, o mały włos nie wszczynając bójki o podebranego pasażera. Podróż kosztowała do 40 juanów w obie strony, wejście 100 a za tą sama wycieczkę prywatnym samochodem z przewodnikiem wciśniętym na siłę (bo nie mówiącym po angielsku) i z zorganizowanym posiłkiem trzeba było zapłacić 270 juanów + (jakieś niezrozumiałe dla nas trafikowe, czyli korkowe) 100 juanów. Ta suma zmusiła nas do odbycia wycieczki samodzielnie choć w trudzie i bez rodziny.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.