Blog

14 Sie

MAJESTATYCZNA MIAN SHAN

Posted by

O tej górze wcześniej nie wiedzieliśmy nic, ale na wiszącym na ścianie hostelu w Pingyao plakacie ze zdjęciami tej góry oko od razu się zatrzymało. W barze owe zdjęcia miały zachęcić turystów do realizacji indywidualnych wycieczek w oferowane miejsca, tj.:
- Lijiashan (wioski słynącej z mieszkań ukrytych w grotach, z tradycją sięgającą 5000 lat) oddalonej niestety o ok. 250 km od Pingyao (więc bardzo drogiej i rzadko realizowanej wyprawy, a na nią się właśnie nastawialiśmy),
- Zhangbi Underground Castle - jak nazwa mówi - podziemny zamek (lecz zdjęcia przypominały trochę miasteczko, w którym się obecnie znajdywaliśmy),
- Wang Family Courtyard - rezydencja dynastii Qing z pięknymi rzeźbami w grotach oraz Świątyni Konfucjusza
- Mian Shan (z zapierającymi dech w piersiach skalnymi przestrzeniami, groźnymi schodami po zboczach pionowych skał, wysoko usytuowanych klasztorów oraz niekończącymi się przepaściami)
- oraz parę innych.

Tajemnicze klasztory wśród gór

O poranku, zajeżdżając do szpitala na kolejną zmianę opatrunku, mijając zatłoczony pobliski targ, wyruszyliśmy z prywatnym kierowcą do owego zachwycającego miejsca. Pogoda zaczęła się psuć już w trakcie drogi, gdy niebo pokryło się ciemnymi chmurami, a widoki z każdą minutą były coraz mniej widoczne przez zasnuwające je mgłę. 
- Nie dziwię się, skąd te statystyki o bezpieczeństwie kolei. - W lekkim napięciu przyglądałam się jeździe po dziurawej jak ser żółty drodze, po której niczym na trasie do Terespola, pędziły setki ciężarówek, omijając koleiny poprzez zjeżdżanie z trasy na przeciwległy pas. Kierowca skupiał się na omijaniu dziur i trąbieniu na ciężarówki, jakby te nie dopatrzyły się małego samochodu i zjechały na pobocze, którym próbowaliśmy się przecisnąć. Sama wykombinowałam jakieś sprytne zapięcie Julka w pasach i zmuszając go do snu, gdy po pół godzinie od szpitala pytał już, kiedy dojedziemy na miejsce.

Dojazd zajął nam 1,5 godziny i po wyjściu z auta, kiedy buchnęło w nas wilgotne i przeszywające zimnem powietrze, zmierzaliśmy za kierowcą do wielkiej hali (niczym dworca kolejowego), by zakupić bilety wejścia. Mężczyzna miał tu na nas czekać 5 godzin, a my w tym czasie, na wyznaczonej na mapce trasie, mogliśmy pokonywać ją autobusami na całej linii, zatrzymując się na wyznaczonych przez nas przystankach. W hostelu jakiś pracownik zaznaczył najciekawsze punkty, lecz teraz wydawały się one mało widoczne, a przy coraz bardziej zamglonym powietrzu i zaparowanych szybach autobusu, w ogóle traciliśmy orientację w terenie. Ubrani na cebulkę wysiedliśmy na pierwszym przystanku wśród paru klasztorów rozrzuconych po skałach, z widokiem na kolejkę górską i paszczę smoka wynurzającą się gdzieś wysoko wśród drzew. Na spokojnie eksplorowaliśmy miejsca i budynki, widząc kolejne autobusy pojawiające się na przystanku, by zawieźć do kolejnej atrakcji na trasie, bądź z powrotem na halę poczekalni. Cena biletu zawierała nieograniczoną ilość przejazdów tymi pojazdami.

Pokonanie wielu schodów, by dotrzeć do wyżej ułożonych klasztorów, głowy smoka, czy wieży obserwacyjnej, nieźle nas zmęczyło. Widok z góry małego wodospadu byłby prawdopodobnie jeszcze bardziej zjawiskowy, gdyby nie mgła, która się na ten krajobraz uwzięła i nie chciała odpuścić. Nic nie widzieliśmy, żadnej przestrzeni, żadnej przepaści. Postanowiliśmy zmienić postój i zasiedliśmy w kolejnym pustym autobusie. Mijaliśmy pionowe bloki skalne, przepaście wzdłuż których mijały się autobusy, a w oddali docierały do nas niewyraźne obrazy klasztorów na wzniesieniach. Zatrzymaliśmy się przy wysokim hotelu, z którego bodajże można było zobaczyć (w cenie biletu wstępu do parku) panoramę Mian Shan. Niestety mgła zasłaniała już pierwsze jego piętra, a mały deszczyk szybko zamienił się w ulewę. Było to deprymujące, lecz nic nie mogliśmy zrobić. W lżejszym deszczu dojechaliśmy do najbardziej widowiskowej i trekkingowej doliny, która wiodła wśród wąskich skalnych wąwozów, przez które spływała wzburzona rzeka tworząc wodospady a na nich zarzucono drewniane mosty na linach. Nie sposób było zrealizować to przejście, dodatkowo w mokrych warunkach, z 4-latkiem. Odczekując nawałnicę, podzieliliśmy się czasem na samodzielną eksplorację. Niestety wszyscy byliśmy już tak przemoczeni i zmarznięci, że nie było najmniejszego sensu brnąć dalej w głąb parku. Byliśmy zawiedzeni, ale i nie mieliśmy przecież wpływu na pogodę.

W Mian Shan zdecydowanie można spełnić cały dzień, może dwa, na spokojnie poznając jego zakątki. Przystanków jest mnóstwo, każdy może znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Może kiedyś będzie nam dane zobaczyć to miejsce raz jeszcze? To co zobaczyliśmy, narobiło apetytu na głębsze poznanie i powrót. Może sami, może z większym i bardziej świadomym otoczenia Julkiem, a na pewno w lepszą pogodę:).

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.