Blog

13 Sie

PINGYAO - NIE TAK MIAŁO BYĆ...

Posted by

Gdy zamówiony przez pomoc turystyczną ze stacji w Pingyao taksówkarz dowiózł nas za bramy otoczonego murem starego miasta, oniemieliśmy z zachwytu. Widzieliśmy zdjęcia hostelu niczym ze starych filmów chińskich, przedstawiających murowane chatki z jaskrawo czerwonymi dachówkami domów, kamieniste wąskie alejki, bordowe rozświetlone lampiony, soczyste rośliny w donicach porastające ganki. Wiedzieliśmy również, że to miejsce warto a nawet trzeba zobaczyć, ale nie spodziewaliśmy się tak magicznego, filmowego klimatu. Pierwszy raz od dawna to co zobaczyliśmy tak bardzo nas zaskoczyło, że aż twarze rozpromieniały a uśmiech nie chciał z nich zejść. Kierowca nie mógł dojechać do głównej ulicy miasta, więc pomagając w przenoszeniu bagaży, podprowadził pod bramy nowego lokum. Byliśmy przeszczęśliwi. Nawet prawie dobowa podróż pociągami (jechaliśmy ten odcinek aż trzema) nie zamgliła obrazu niepowtarzalnego miejsca.

Miasteczko z czasów dynastii Ming i Qing

Pingyao Harmony Inn Guesthouse prezentował się niczym hotel z wyższej półki, a ceny miał niewiarygodnie niskie, jak na to, co oferował. Bar pod (prawie) gołym niebem (bo osłonięty pleksi chroniącą przed nieustającym w tym okresie deszczem), roślinne patio między pokojami, których drzwi wychodziły na podwórze, spokojna muzyka (niczym do tai-chi), która czasami dobiegała z głośników rozwieszonych na całym terenie hostelu. Pokój był nieziemski, cały w odcieniach czerwieni, z ogromnym łożem wbudowanym w ścianę, stylowymi meblami i strojnymi dekoracjami, zasłoną nad łóżkiem oraz niczym dzieło sztuki malowaną umywalkę. Wszystko było tu dopięte na ostatni guzik.

Po szybkim obiedzie w hostelowej restauracji (tu był chyba jedyny element, który aż tak nas nie powalił; no może dlatego, że wiedzieliśmy na co stać kuchnię chińską:), wyrwaliśmy się na spacer po okolicy. Zbierało się na deszcz, więc do plecaka wrzuciliśmy po kurtce. Nawet (wyjątkowo, jak nie ja) nie wzięłam ze sobą aparatu, gdyż to miał być krótki spacer w celu rozpoznania okolicy, zlokalizowania marketu oraz bankomatu, gdyż płacąc za nocleg pozbyliśmy się całej gotówki. Ledwo wyszliśmy z wąskiej uliczki prowadzącej do Harmony Inn, zjawiliśmy się na tętniącej życiem jednej z głównych ulic zamkniętego miasta. Deptak przeznaczony głównie przez pieszych opanowały również riksze, motorowery oraz małe autobusiki (które jako jedyne mogły przemieszczać się po nich stanowiąc jednocześnie największy pojazd do przewozu osób). Utkane jeden obok drugiego budynki mieściły w swych wnętrzach sklepiki z pamiątkami, knajpki z jedzeniem, bary czy też miejsca rzemiosła czy chińskiego rękodzieła. Oczy przyciągały pachnące historią ciekawe i niepowtarzalne gadżety, wystawione na sprzedaż, ale jakby dopiero co wyciągnięte ze starej szafy dziadka. Jak sroki rzucaliśmy się do straganów z oryginalną drewnianą, srebrną czy kamienną biżuterią.

Nieprzewidziany wypadek

Tymczasem na dobre się rozpadało, zmuszając nas do przystawania pod zadaszoną przestrzenią czy bardziej "dziurawymi" konarami drzew. Ulice zrobiły się bardziej śliskie, ale nikomu to nie przeszkadzało. Zauroczony magią miejsca Krzysiek wyjął kamerkę, by uchwycić to miejsce na filmie. Dreptałam przed nimi chłonąc nachalnie otoczenie. Nie wiem, kiedy i jak się to stało, ale nagle usłyszałam uderzenie za plecami, głośny krzyk Krzyśka i przeraźliwy płacz mojego dziecka. Odwróciłam się i zobaczyłam Julka leżącego twarzą na ziemi, stojącego Lisa przeklinającego i drącego się na chłopaka, który podnosił siebie i motorower, którym uderzył w moich chłopaków od tyłu. Podbiegłam do synka, chwyciłam go na ręce i w panice przeglądałam wszystkie członki ciała. Miał pokrwawione ręce i nie wiedziałam, gdzie ukryła się rana. Za mną pojawiła się jakaś brytyjska turystka podając plastry i mokre chusteczki. Zauważyłam ogromną dziurę w brodzie, przez co mocno zakręciło mi się w głowie.
- Chyba musicie poszukać lekarza. - Powiedziała spokojnie dziewczyna, lecz w jej oczach również widziałam przerażenie. Młody chłopak jakimś cudem nie zauważył Krzyśka i Julka idących przed nim, a gdy się spostrzegł, było za późno. Śliskie podłoże utrudniło wyhamowanie przed uderzeniem. Poza tym, że skupiło się to na nodze Krzyśka, to Julek uderzył z całym impetem o posadzkę kamienistej drogi rozcinając sobie solidnie brodę. Myślę, z perspektywy czasu, że przestraszył się niespodziewanym zdarzeniem. Rączki ukryłam mu przed oczami, by nie widział krwi. Uspokoił się i mocno tulił do mnie, a ja trzymałam go na rękach również poplamiona na kurtce i rękach. Krzysiek złapał rikszę i pędem skierowaliśmy się do hostelu. Zszokowany chłopak odjechał na motorowerze, bo  nie znając języka niewiele mógł zrobić, ale dodatkowo pewnie nie wiedział co. Był młody.

W hostelu właściciele zorganizowali nam transport do najbliższego szpitala, gdzie ad hoc zorganizowano chirurga i po chwili w znieczuleniu i ogromnych spazmach Julka zszywano mu brodę. Jego proszący krzyk był ponad moje siły. Jakoś na szczęście szybko się to skończyło, zrobiono mu testy skórne na zastrzyk przeciwtężcowy a potem ostatnie ukłucie w tyłek. Synek był wykończony ale i my opadliśmy z sił. Czekało nas parokrotne odwiedzanie szpitala na zmianę opatrunku. W całokształcie sytuacji byliśmy szczęśliwi, że w Pingyao w ogóle był szpital, zajęto się nami bardzo szybko, a całość (w tym pozbawionym konwersacji w języku angielskim zdarzeniu) odbywała się w obecności oddelegowanego z nami kierowcy z hostelu, który ciepło i z zaangażowaniem zajął się nami. Potem czekała nas noc z koszmarami dziecka, wybudzanie i popłakiwanie i tłumaczenie w ciągu dnia sytuacji. Wydawało się, że - o dziwo - nic go nie boli. Nie widział się w lustrze, więc powoli zapominał o wypadku, poza kolejnym dla nas stresem, który powodował brak apetytu. Uprzedzono nas o problemach z żuchwą, a wszystko wskazywało na to, że może je mieć.

Pinyao w oka mgnieniu z cudownego miasteczka stało się dla nas miejscem złych wspomnień, troski i niewiadomej. Odechciało się nam podróży, byliśmy bezsilni. Kolejny deszczowy dzień podtrzymywał aurę beznadziejności. Julkowi tłumaczyliśmy, że niebo płacze, że miał ten wypadek, ale już wszystko jest w  porządku i jeśli tylko zacznie jeść, będzie zdrowy. Mimo wszystko z każdym dniem było lepiej i podejmował próby gryzienia twardszych posiłków. Ubraliśmy się w przeciwdeszczowe ubrania i postanowiliśmy zrobić spokojny spacer po chodniku (!). Sami mieliśmy odruchy podskakiwania przy każdym klaksonie czy szybkim śmignięciu za plecami motoroweru czy innego pojazdu. Dla Julka to było też dobre lekarstwo, chociaż wydawało się, że o całej sytuacji zapomniał i podobało mu się chodzenie w kaloszach po kałużach.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.