Blog

08 Sie

DALIAN - NADMORSKA METROPOLIA

Posted by

Gdy już znaleźliśmy się w 50-metrowym apartamencie z łazienką, kuchnią i sypialnią połączoną z małą częścią jadalną, z przyjemnością odetchnęliśmy z ulgą. Za oknem, z 26 piętra naszego wieżowca, rozciągał się piękny widok na Xinghai Square obecnie zastawionego potężnymi namiotami piwnymi, gdyż (tak się złożyło) odbywał się tu coroczny festiwal piwny (coś na miarę Octoberfest).

Kurort pod lupą

W oddali zza mgły wynurzały się ledwo zauważalne wysepki rozrzucone na tym chińskim morzu. Z tych odmętów wyłaniała się również jakaś poważna konstrukcja przypominająca most, czy też jakieś wysokie dźwigi obsługujące  port morski. Z czasem  zobaczyliśmy w tym autostradę wychodzącą w morze, a omijającą okolice naszego placu.

Cóż, Dalian nie było małym wiejskim kurortem z pięknymi plażami usłanymi palmami (czego oczekiwaliśmy), lecz ogromnym (na oko) biznesowym miastem większym od naszej Warszawy. Uświadomiliśmy to sobie podczas 20-minutowej jazdy taksówką z dworca kolejowego do apartamentu w centrum. To wizualnie do nas dotarło również podczas spaceru na pobliską miejską plażę. Szliśmy mijając tłumy turystów (głównie chińskich) przybywających na festiwal, naćkane gdzie się da ekskluzywne auta, szerokie  nowoczesne ulice, eleganckie budynki banków, pięciogwiazdkowych hoteli, przepięknych apartamentów nad morzem. Niestety obraz kamienistej plaży, obsypanej śmieciami które (mam nadzieję) dostarczyły fale morskie, mały skrawek piaszczystej plaży utkanej Chińczykami, nijak się miały do nowoczesności miejsca ani wymarzonego miejsca do plażowania. Nie poddawaliśmy się nawet mimo zachmurzonego nieba i zapowiadającego się parnego a nawet deszczowego dnia. Julkowi zakupiliśmy upragniony zestaw do kopania, wymusił u nas karuzelę na pobliskim parku rozrywki (Krzysiek wynegocjował lepszą cenę dla ich dwójki), a potem pod jednym z większych namiotów zaskoczył nas ilością grillowanego mięsa jakie zjadł za jednym razem. Sami pochłonęliśmy parę szaszłyków nadzianych kulkami smażonymi na głębokim tłuszczu z "nadzieniem" z krewetek tygrysich za jakieś grosze. Podchodząc do stoiska po prostu wybierało się danie w wersji surowej, które na naszych oczach wędrowało na grilla a na talerzyku wtedy, gdy kucharz dowiedział się jakie dodatki i przyprawy preferujemy.  

Festiwal piwny

Wieczór, jakby inaczej, trzeba było spędzić piwnie. Dalian na nadmorski wypoczynek wybraliśmy losowo, a tu w lipcu jak co roku odbywał się ten wielki festyn.Nigdy Chiny z piwem mi się nie kojarzyły, a podchmielone wesołe twarze, z pełnymi jedzenia stolikami na Xinghai widzieliśmy co krok. Wejście było płatne choć niewiele. Za to każdy spożywczy zakup trzeba było na terenie parku sporo zapłacić. Znowu Krzysiek kręcił głową z niedowierzaniem w majętność przeciętnego Chińczyka. Siedząc przy jednym piwie niemalże wyliczał rachunek każdego z nich:). A koncerty.. no cóż.. w każdym głośno, jeden przekrzykiwał drugiego, nijak się to miało do sztuki, według mnie muzyki a co za tym idzie przyjemności. Liczyliśmy, że choć w części międzynarodowej, czyli namiotach Heinekena czy jakiegoś słowackiego producenta będzie trochę powiewu Europy. Nic z tego. Wszystko opanowali Chińczycy, bez wyczucia muzycznego. Koncertom i uciechom piwnym towarzyszyła bogata gama menu (od przeróżnych owoców, których nie widywało się za dnia na ulicach czy w sklepach, po przeróżne mięsa, owoce morza, sałatki czy omlety i słodkości). Z pulsującym dudnieniem w uszach wróciliśmy do apartamentu, zadowoleni, że nawet jeśli przez okno było głośno, to nikt po nas nie  deptał, nie robił nachalnych zdjęć Julkowi, piwo mieliśmy ciepłe (bo nie mieliśmy lodówki), ale tanie:).

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.