Blog

08 Sie

KACZKA PO PEKIŃSKU I JAZDA NAD MORZE

Posted by

Na pożegnanie z Pekinem, tuż przed pierwszą podróżą szybką koleją chińską, zafundowaliśmy sobie atrakcję pod postacią kaczki po pekińsku. W Chinach kaczkę można zjeść w wielu miejscach, ale nigdzie (podobno) nie smakuje tak dobrze jak w stolicy.

Pekiński kulinarny rarytas

Na myśl o pieczonej tłuściutkiej ptaszynie z przeróżnymi dodatkami, w tym z sosem śliwkowym, dostawałam ślinotoku a w brzuchu jakoś dziwnie burczało:). Przewodnik wskazywał najlepsze restauracje i tylko te jakoby serwowały ją tak, jak zakładał oryginalny przepis. Niestety nie po drodze były nam te restauracje (nie wiem czy byłoby nas na to danie stać), a poza tym szczerze wątpiłam w taką różnicę w smaku. Odwiedziliśmy knajpę, w której zlokalizowaliśmy mięsne kuleczki dla Julka (zajadał się nimi parę dni z rzędu a ogólnie chińska kuchnia go nie interesowała) i wcześniej spróbowaliśmy mięciutkiej kaczki pod inną postacią.

Oczekiwaniu towarzyszyła ekscytacja, jako że o daniu czytałam jeszcze przed przyjazdem do Pekinu. Knajpa obwieszona była rysunkami kaczek, "postaciami" kaczek czy gęsi, a za naszymi plecami znajdywały się szklane drzwi, przez które w pocie czoła można było obserwować kucharza zdejmującego z haka gotową już pieczeń. Zamówiliśmy połowę ptaka uznając, że cała to już przesada na naszą dwójkę. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy kucharz (również na naszych oczach, bo siedzieliśmy blisko), skroił połowę kaczki na plasterki, pozostawiając dużą część mięsa na nogach i tułowiu i wyrzucając te elementy do umywalki. Nam przyniósł te parę skrawków na talerzu ustrojonym liśćmi sałaty.

- No to się chyba nie najemy. - Zawiedziona wlepiałam się w owe osławione danie, któremu towarzyszył skromny talerz z małymi przystawkami (cienkimi nitkami zielonego ogórka, selera naciowego, puree z czerwonej fasoli, soli oraz kapki sosu słodko-kwaśnego) oraz cieniutkimi plackami przygotowanymi na parze. Podzieliliśmy tą "dziecięcą" porcję na nas dwoje z podobnym wyrazem twarzy. Planowaliśmy wsiadać do pociągu pełni. - Wiesz co.. nie wiem, czy trafiliśmy na tą nieoryginalną kaczkę po pekińsku, niewłaściwą knajpę czy może już miałam wygórowane wyobrażenie o tym daniu, ale nawet nie mogę powiedzieć, że jest wyjątkowe. - Rozmyślałam głośno. Możliwe, że nie zaskoczył mnie jej smak, bo niejednokrotnie moja mama przygotowywała kaczkę w domu i tam smakowała mi zdecydowanie bardziej.
- Nie jest taka zła. - Pocieszał nas Krzysiek. - Chociaż faktycznie spodziewałem się ekskluzywniejszego smaku.

Nad Morze Chińskie pociągiem

Żegnaliśmy się z zaprzyjaźnionymi pracownikami hostelu, w ekscytacji oczekując pierwszego pociągu i plażowania. Wakacje zawsze kojarzyły się nam z morzem, a tego nie było nam dane skosztować od ponad miesiąca. Ba, nawet nie zamoczyliśmy się w żadnym jeziorze. Chłodzenie (czy odmrażanie) stóp w Bajkale się nie liczyło.   

Tym razem samodzielność została wyłączona, bo hostel:
- zamówił nam taksówkę i wskazała kierowcy miejsce "dostawy" (dworzec główny w Pekinie),
- wcześniej zakupił on-line bilety za dodatkową opłatą i tego samego dnia przekazał do rąk własnych (wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi istnienia angielskojęzycznej strony do rezerwowania biletów samodzielnie),
- zapisał wszystkie potrzebne informacje po chińsku na karteczce (typu: mój adres w Dalian to..., proszę na dworzec kolejowy itd.),
- przekazał wszystkie potrzebne informacje formalne, np. odnośnie pojawienia się na stacji z wyprzedzeniem.

Wsiedliśmy w taksówkę, ta zawiozła na stację i po chwili skołowani staliśmy w jednej z kilkunastu kolejek nie wiadomo do czego. Okazało się, że nie jest  istotne, w którą staniemy, po prostu pokierują nas dalej do wejścia na podstawie biletu, który mieliśmy w dłoni. Wnętrze dworca wprawiło nas w osłupienie. Było tak ogromne, ekskluzywne, wielopoziomowe i oczywiście pełne ludzi, że przez chwilę zawahaliśmy się, czy stać i podziwiać, czy zastanawiać się nad kolejnym krokiem. Eleganckie butiki, sztuczne palmy, wysokie ruchome schody, ogromne ekrany wyświetlające rozkład jazdy i zapraszające do jednej z wielu poczekalni na dworcu. Po chwili wszystko było oczywiste i wtoczyliśmy się spoceni z kilku dziesięciokilogramowym bagażem do poczekalni przydzielonej naszemu pociągowi. Trafił nam się okaz mający możliwość osiągać prędkość do 250 km/h a to dodatkowo potęgowało ekscytację. Gdy tuż przed przyjazdem pociągu otwarto bramy do wejścia na peron ruszyła chińska maszyna depcząca po nogach, przepychająca się w każdy mały skrawek wolnej przestrzeni, zupełnie nie zwracając uwagi na mniejsze istoty typu dzieci. Na szczęście walkę o swoje również zdążyliśmy opanować i tak łatwo się nie daliśmy. Na czystym, jakby przed chwilą wypolerowanym peronie stała nasza strzała. Można ją tak nazwać, bo przypominała kadłub samolotu, ale bez skrzydeł. Nie trzeba było nawet podnosić nóg wsiadając do wagonu, bo był równy peronowi, wizualnie go dotykając. Potem czekało nas 6 godzin śmigającego i zmiennego za czystymi szybami krajobrazu. Trochę bolała pupa siedząc we trójkę na dwóch siedzeniach, ale oszczędności musiały być wdrożone, Julo jeździł za darmo, a my z niewygodami dobrze sobie radziliśmy.

Duży problem językowy

Nie spodziewaliśmy się jednak, że to co tak gładko się zaczęło zakończy się zgoła inaczej. Na równie zadziwiającej stacji w Dalian pojawiliśmy się jak w zegarku ok 22. Dziecko ledwo patrzyło na oczy ale dziarsko pokonywało kolejne poziomy nowoczesnego dworca. Jak dziesiątki Chińczyków wypełzliśmy na wielopasmową trasę prowadzącą do centrum miasta, by złapać taksówkę. Najpierw, chcąc nie chcąc, musieliśmy zgodzić się na przeprawę z żądnych szybkiego i łatwego zarobku cinkciarzy taksówkowych. Jeden nawet zaskoczył znajomością rosyjskiego uznając nas za mieszkańców tego kraju. Gdy nie zgodziliśmy się na mocno naciąganą stawkę, robił wszystko, by nikt inny nas nie wziął. Na szczęście nie wszyscy na trasie okazali się frajerami i trafił się uczciwy gość, który ładnie dowiózł nas na miejsce. By trochę podtuczyć naszego syna, zdecydowaliśmy się na apartament w samym centrum miasta, lecz z widokiem na morze i w bliskiej odległości do plaży. Nasze próby zlokalizowania nowego lokum trwały około dwóch godzin. Tylko nieopuszczające nas szczęście postawiło na naszej drodze anglojęzycznego Chińczyka, który zaangażował się w zlokalizowanie apartamentu, który miał mieć swoją recepcję (widoczną i bardzo pomocną). Nikt nie potrafił stuprocentowo określić dokładnej lokalizacji miejsca, blok (w którym miał się mieścić owy apartament) liczył 30 pięter, więc gdy GPS podawał mylne informacje, pomocny Chińczyk zaczął z Krzyśkiem zatrzymywać się na każdym piętrze i szukać bądź chociaż pytać o zapisany na kartce adres.

James (bo tak nazywał się nasz wybawca) zdobył telefon recepcji, skontaktował się z nią po czym docierając na 28 piętro stał się tłumaczem konwersacji Polaka z Chinką. Nikt w tym kraju nie mówi po angielsku. Nawet recepcjonistka nie znała podstawowych turystyczno-hotelowych zwrotów, a hotel reklamował się swoją angielskojęzyczną obsługą. Wybawca, tak się złożyło, niedawno wrócił zza granicy, gdzie spędził wiele lat i tam nauczył się angielskiego.

W międzyczasie, z niewiadomych nam powodów, recepcja odwołała naszą rezerwację i nasz apartament był już zajęty. Podobno próbowano się z nami skontaktować, ale nie było informacji zwrotnej, więc po prostu ją anulowano. Recepcja mieściła się w zwykłym mieszkaniu i wyglądała na nielegalny interes. Jedyne po czym można było ją zlokalizować, to otwarte na oścież drzwi.. Na szczęście na jedną noc dostaliśmy apartament o podwyższonym standardzie a dnia następnego mieliśmy zmienić go na tańszy. Ekskluzywny okazał się lekko kiczowaty, a ten tańszy był modernistyczny i ciekawy. Właściwie nie zmartwiłabym się, gdyby tak wyglądało moje mieszkanie. Widok za oknem zrekompensował nocne nieporozumienie. Czas na tygodniowe lenistwo!

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.