Blog

07 Sie

SUMMER PALACE

Posted by

Godziny w Pekinie uciekały a ilość atrakcji nie malała. Kolejny w planie był Summer Palace(Pałac Letni). Podniosłam sobie poprzeczkę i na cały dzień postanowiłam wybrać się tam sama z Julem. Krzysiek zasiadł w klimatyzowanym pokoju hostelu z książką w ręku, upragnioną w Chinach ciszą i parogodzinnym spokojem. Trochę obawiałam się przepraw z wózkiem w podziemiach metra, na "patelni" zgotowanej nam przez pogodę po raz kolejny. Raz kozie śmierć!

Niesamowity Pałac Letni

Potężnych (a jakby inaczej) rozmiarów park znajdywał się na obrzeżach miasta (co wynikało z mapy), a to oznaczało ponadgodzinną podróż metrem do celu. Przez przyciągającą Chińczyków aurę mojego dziecka, wszędzie ustępowano nam miejsca, a jak nie, nauczyliśmy się domagać swego, jak i tubylcy nieustająco walczący o miejsca siedzące. Odstając swoje w niekończącej się kolejce do kas, z biletem all inclusive (czyli możliwością wejścia do każdego miejsca na terenie parku), z ulgą minęliśmy bramy zacienionego raju. Chwyciłam się za głowę, trzymając w rękach wózek i widząc dookoła tysiące stopni kamiennych schodów.

- Po cholerę mi ten wózek? - Przeklęłam pod nosem. - To się dziś załatwiłam.- Westchnęłam i naprężyłam mięśnie rąk. Na ochłodzenie atmosfery, zakupiliśmy sobie z Julem słodkie lody i z widokiem na płynącą pod nami rzeczką (tworzącą urokliwy kanał wśród niskiego zabudowania kolorowych straganów), łapaliśmy oddech przed eksploracją miejsca. Postanowiłam zaryzykować i - jakoby pod okiem kontrolerki biletów - zostawiłam wózek gdzieś przy mostku, z którego zeszliśmy do owego kanału. - Trudno, jeśli nam ukradną wózek, trzeba będzie kupić nowy, ale nie damy rady przejść tego parku z nim. - Powiedziałam do Jula i po chwili, jak Japończycy, pstrykaliśmy zdjęcia gdzie popadnie. Zielonkawa woda wyłaniała ze swych głębin filmowe roślinności, gdzieniegdzie mniejsze stawy porastały kwitnące różowe lilie wodne. W grubych murach okalających rzekę znajdywały się urokliwe sklepiki z pamiątkami lub małe knajpki. Każdy nasz postój wiązał się ze zgodą na zdjęcia robione Julkowi przez przechodniów. Wózek dzielnie na nas czekał, nikt się nim nie zainteresował, a kontrolerka nawet jakby się nim zaopiekowała, uśmiechając się na pożegnanie i wdzięczne "xie xie" (dziękuję).

Kolejny oddech w zaciemnionej przestrzeni tuż za kolejną bramą na wzniesieniu i ku naszym oczom pojawiła się świątynia buddyjska. Kolejne ryzyko wózkowe, już z mniejszym stresem, ale było warto. Pozostało mi tłumaczyć zaskoczonemu dziecku, co oznaczają trzy postacie dużych, złotych posągów, do których kłaniają się ze złożonymi rękoma przybyli tu Chińczycy. Postacie Buddy chronione były przez straż boczną z groźnym choć różnym wyrazem twarzy. Za świątynią ukryte były kolejne wyższe budowle, skąd rozciągał się widok na Pekin z lotu ptaka. Stopnie prowadzące najwyżej były dość strome i większość wiodła wśród, wydawałoby się, sztucznie utworzonych grot.

Tuż przy zielonym brzegu Jeziora Kunming zasiedliśmy na małe co-nie-co (Julek jest obecnie na etapie Kubusia Puchatka) i obserwowaliśmy pływające po nim łódki, statki, rowery wodne czy motorówki. Towarzyszyły temu relaksujące cykady poukrywanych w drzewach robaczków. Było cicho, aż Julek zapragnął zasiąść w swym wózku. W końcu się na coś przydał. Zasnął w trakcie mojego krótkiego spaceru wgłąb jeziora, wąską odnogą lądu (zielonego deptaku). Przy przenoszeniu go z całym dobytkiem przez most musiał pomóc mi zaskoczony prośbą o to Chińczyk. W dalszej drodze powrotnej do metra swoim dżentelmeństwem bardziej wykazały się kobiety martwiąc głównie o mnie i podziwiając siłę w takim upale. Powrót do domu był szybszy, bo i ja zdecydowałam się na krótsze nitki metra.

Niedaleko hostelu zasiedliśmy w naszej stałej knajpie na ulubione i jedyne akceptowalne chińskie danie Julka - małe słodki kulki mięsne, w smaku przypominające mielone przygotowywane przez wszystkie babcie. Mimo wilczego głodu, już po paru kęsach byliśmy pełni i ledwo człapiąc dotarliśmy do hostelu, by zdać tacie relacje z pięknego miejsca. A niech wie co stracił:).

W pekińskim metrze

Zbliżając się powoli do dnia wyjazdu z Pekinu, chciałabym zareklamować tą formę transportu po stolicy. Słyszałam w autobusie do Wielkiego Muru, że inni obcokrajowcy mieli również opory przed pierwszą przejażdżką, jak i my. Niepotrzebnie. Wszystko jest pięknie w metrze opisane. Nawet jeśli nie dysponuje się osobistymi mapkami metra, w każdym wejściu widnieje elektroniczny jej obraz. Opisy widnieją w języku chińskim i angielskim, w każdym wagonie kolejna stacja podświetlana jest na czerwono (jeśli dobrze pamiętam), bądź ogłaszana przez spikera. Jest to oczywiście najszybsza forma przemieszczania się po tak wielkim mieście i tak dużej ludności, a co za tym idzie, nieustającym korku. Wejście do metra kosztuje 2 juany (1 zł) i zmiana linii, bez wyjście na powierzchnię, oczywiście nie kosztuje nic. W godzinach szczytu, przy opisanych miejscach zatrzymania się drzwi wagonu metra stoją pracownicy metra pilnujący porządku i bezpieczeństwa pasażerów. Metro jest klimatyzowane:).

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.