Blog

07 Sie

WIELKI MUR CHIŃSKI (MUTIANYU)

Posted by

Czyż nie mówiłam, że nabraliśmy tempa podróżniczego? Otóż dzień kolejny to podbój Chińskiego Muru i jednej z jego odnóg leżącej blisko Pekinu.

Słynne odcinki Muru i nasz wybór

Opcji takich było parę, zaczynając od bardzo popularnego i tłocznego Badaling (najbliżej stolicy), bardziej wyczynowego Mutianyu (lecz nadal rodzinnego i do decyzji czy ma być ciężko czy jednak spokojniej z podejściami) oraz najbardziej trekkingowego odcinka Simatai-Jinshanling (gdzie pokonuje się odcinek około 10-kilometrowy między jedną miejscowością a drugą). Ten ostatni nie do końca nadawał się na odwiedziny z dzieckiem, a którego odcinki bywały nieodrestaurowane, co oznaczało że można było ślizgać się w błocie, czołgać się po stromych podejściach i nie mieć wyjścia tylko iść do przodu, bo kierowca odbierał z innego punktu, niż z tego, do którego turystę dostarczył. Pomyśleliśmy, że staniemy po środku. Pragnęliśmy się zmęczyć (nawet targając Julka na plecach), ale nie za bardzo, by nie wyzionąć ducha.

O świcie hostel zaprosił nas na pyszne i tłuste śniadanie z menu swojej restauracji, po czym godzinę później wypchany młodymi ludźmi autobus podjechał po nas, by zabrać w kierunku najważniejszej atrakcji Chin. Z okien klimatyzowanego autobusu mogliśmy na spokojnie przyjrzeć się budzącemu się miastu, nieustająco podziwiając jego ogrom i nieogarniętą nieskończoność. Po ponad godzinie wysiedliśmy na jednym z wielu parkingów u podnóża góry, na szczycie której czekało na nas około 5-kilometrowe pasmo Wielkiego Muru. Okazało się, że dotarcie na szczyt o własnych siłach raczej przez organizatora nie było przewidziane, bo na całą atrakcję wyznaczono nam 3 godziny. Ale chętnie zapraszano do dodatkowo, sowicie płatnej kolejki, która w mig wynosiła w przestworza do Mutianyu. Oczywiście chętnych było 95%, bo kto by w 40-stopniowym upale pchał się godzinę do samego muru. A co z jego eksploracją na górze? Nieuprzedzony wydatek wyczyścił nas z gotówki do ostatnich 10 juanów (czyli 5 złotych). To, czego również nie przewidzieliśmy, bo to dość nietypowe w takich miejscach (gdzie zarabia się na wszystkim), to brak możliwości zakupy wody na szczycie. Nasze 3,5 litra zniknęły w spragnionych gardłach tak szybko, że po chwili w oczach pojawiała się omal fatamorgana i osłabienie.

Odcinek muru, na którym się znaleźliśmy stwarzał możliwość wybrania spokojniejszej i mniej stromej części na lewo od kolejki, bądź dla mocarzy i silnych serc na prawo, gdzie schody przypominały chwilami ściankę wspinaczkową. O tym drugim nie pamiętałam z opisu chińskiego przewodnika mówiącego angielskim o chińskim zabarwieniu, czyli nie do zrozumienia. Spokojnie przespacerowaliśmy z juniorem w kierunku tłumu i większej ilości widocznych z góry wieżyczek. Rozciągający się wokół widok gęstych roślinnych pejzaży uświadomił, jaki ogromny wysiłek musieli ponieść ci, którzy własnymi rękoma go wznosili.

- Taka potęga.. Chiny..a przed kim oni ten mur budowali? Kto by ich zaatakował? - Zastanawiał się głośno Lisu. - I co im z tego przyszło? Ile tu osób przecież zginęło.
- Zobacz jaki ten cesarz był przewidujący, że wykalkulował, że "tysiące lat później" Chiny będą takie kokosy zarabiać na tej niepowtarzalnej budowli. - Zażartowałam.

Atrakcje wyprawy

Grube mury wieżyczek chroniły przed palącym słońcem. Teraz schronienie znajdywali tam turyści, wypijając ostatnie krople swojej cennej wody i zajadając jakieś energetyzujące słodycze. Pod tym względem nie odstawaliśmy od tłumu. Byliśmy nawet zadowoleni z decyzji rezygnacji z Simatai, bo przy tym upale nie przeszlibyśmy nawet 5 kilometrów, nie mówiąc już o naszym słaniającym się na nogach synku. Pogoda nie sprzyjała temu trekkingowi. Mając chwilę do powrotu na ustalony z przewodnikiem obiad w wiosce u podnóża góry, oddaliłam się od moich chłopaków, by szybko zobaczyć prawy odcinek muru. Zajęło mi to ustalone 15 minut, lecz obawiałam się palpitacji serca po dotknięciu ostatniego elementu odrestaurowanej nitki Mutianyu. Zaskoczona byłam odwaga starszych osób, które zawzięcie pchały się na szczyt tego pionowego podejścia. Ja nie pozwoliłabym na to moim rodzicom, znając oczywiste konsekwencje tego wyboru. Za ostatnią wieżą rozciągał się wciągający widok na cały mur jak i odnogi nieodrestaurowane, pourywane, porośnięte dziką roślinnością.

Na dół zjechaliśmy z rozbawieniem, dziecinną przyjemnością, sami decydując o szybkości zjazdu. Powiem na powrót wybraliśmy tor saneczkowy. Pracownicy punktu wjazdowo - zjazdowego rzucali na metalową rynnę czarne siedziska z hamulcem, sadzali turystów pojedynczo i po szybkiej instrukcji obsługi z okrzykiem w dół śmigał kolejny śmiałek. Radości mieliśmy co nie miara, aż Julkowi trzeba było potem długo tłumaczyć, że jeszcze może kiedyś pójdziemy gdzieś na tak długą zjeżdżalnię.

Zorganizowana wyprawa do Wielkiego Muru stworzyła też wspaniałą okazję do skosztowania wielu chińskich przysmaków serwowanych w jednej z tutejszych knajpek. Przez ruchomy stół przewinęły się przeróżne mięsne potrawy wzbogacone aromatycznymi przyprawami, ziołami, o niepowtarzalnej palecie smaków i zapachów. Do tego był ryż, mnóstwo ciekawych warzyw oraz pałeczki (oczywiście), których użycia z niecierpliwości zrezygnowaliśmy, wyjmując własne plastikowe sztućce:).

W drodze powrotnej pokotem posnęliśmy w autobusie budząc się niemalże pod drzwiami, tętniącego życiem towarzyskim, hostelu w Pekinie.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.