Blog

03 Sie

ZAKAZANE MIASTO I PLAC TIAN'ANMEN

Posted by

Do perfekcji opanowałam przygotowywanie posiłków dla Julka. Coś z niczego. I mimo, że bazowałam na ogólnodostępnych chińskich produktach lub lekko zachodnich z drogiego pobliskiego europejskiego sklepiku zajadał się tym, jak w Polsce. Pokrzepiło nas to i ze zdwojoną siłą rozpoczęliśmy dzień od najważniejszych atrakcji stolicy Chin.

Niezawodne metro

Dwie najważniejsze atrakcje Pekinu graniczyły ze sobą, więc po zobaczeniu jednego po drugim wydawało się oczywiste i bezproblemowe. Nikt jednak nie przypuszczał, że Chiny są tak ogromne, że Pekin jest tak ogromny i że wszędzie jest mnóstwo Chińczyków, a na to wszystko trzeba było brać poprawkę. Jeśli coś na mapie wydawało się blisko, to nie było. Jeśli coś wydawało się daleko, to było strasznie daleko. I mimo również faktu, że cały Pekin przecinały nitki metra, przemieszczanie się pomiędzy liniami, do i z atrakcji, z dzieckiem i całym drobnym bagażem stanowiło nie lada wyzwanie i wykańczało przy tej wiecznie za gorącej pogodzie, doszczętnie. Na myśl o metrze (pomimo żadnych problemów w Moskwie) w Pekinie, przechodziły mnie ciarki. Jakoś to sobie tak wyobraziłam nie do przeskoczenia, nie do zrozumienia i pogubienia przy pierwszej stacji, że obawiałam się startu każdej dłuższej wyprawy. Oczywiście okazało się, że niepotrzebnie, bo stacje były opisane również w języku angielskim, w każdym miejscu prawie jak dziecku wytłumaczone obrazowo, dźwiękowo i jak tylko się dało, informowano gdzie wsiąść, gdzie wysiąść a gdzie zmienić linię. Kolejne przesiadki z dumą przynosiły nam zadowolenie i radość na twarzy Julka, który zachwycał się szybką, nowocześnie wyglądającą maszyną. O ile moskiewskie metro zachwycało artystycznymi stacjami, tak pekińskie stanowiło  bogactwo elektroniczno-techniczne, z każdymi możliwymi wynalazkami informatycznymi. Były plazmy uprzyjemniające podróżnym oczekiwanie na metro, szklane drzwi zasuwane na czas pustych torów (szansy na samobójstwo tu nie było), ruchome podłogi (jak na lotniskach) oraz obowiązkowa kontrola bagaży przed każdym wejściem na stację. Te dodatkowo były ustawione przy wyjściu przy dużych atrakcjach Pekinu, tj. właśnie Zakazane Miasto czy Plac Tian'anmen. Byliśmy pod wrażeniem tej kontroli dającej poczucie bezpieczeństwa, ale to oznaczało, że tuż przed pierwszą atrakcją byliśmy zmęczeni oczekiwaniem w niekończącej się kolejce tysiąca Chińczyków, wiecznie pchających się gdzie się da i "po trupach", głośnego skrzeku i tego niemiłosiernego upału, który pozbywał nas wody w oka mgnieniu.

Zakazane Miasto

W końcu! Ku naszym oczom pojawił się potężnych rozmiarów czerwony mur z wizerunkiem Mao Zedonga, nad którego głową łopotały czerwone flagi chińskie. Mur otaczała fosa, a nad nim wznosiła się pierwsza brama Zakazanego Miasta, zapraszająca do środka tego zachwycającego obiektu. Choć przyznam, że nie mogłam w 100% skupić się na obiekcie z cesarską historią i - podobno - 10,000 pomieszczeń (które w sobie kryło), bo tłum Chińczyków jakby nie miał końca. Byli wszędzie, utkani w każdej dziurze, zasłaniający nawet najwyższe i najokazalsze ciekawostki. No tak, były wakacje również i dla nich a ich było dużo... Pozostawało nam jedynie przywyknąć,  wyciszyć, albo udawać, że nam to nie przeszkadza. Do tego zestawu utrudnień dołączyło męczące i wzrastające zainteresowanie naszym synem, co spowodowało, że poważnie zaczęliśmy się zastanawiać, czy może nie przypomina jakiegoś Buddy, bożka czy czegoś, czego pragnęli chociaż dotknąć, mdleć prawie na jego widok, robić zdjęcia, a najchętniej w  grupach i najlepiej każdy z osobna.

Hutongi i Plac Tian'anmen

Mimo zmęczenia, te pachnące dawną historią mury, barwne sklepienia budynków, marmurowe schody, posągi zwierząt, oraz soczyście zielone ogrody z potężnymi wiekowymi drzewami, kolorowymi altankami, sztucznie wzniesionym kamiennym wzgórzem oraz labiryntowe przejścia, robiły ogromne wrażenie i z zadowoleniem wyszliśmy z, otwartego od niedawna dla turystów, miasta po drugiej stronie muru. Nie spodziewaliśmy się, że okrążenie go i dotarcie do Plac Tian'anmen zajmie nam prawie godzinę. Lecz trzeba przyznać, spacer był wart odbycia, gdyż mieliśmy szansę ujrzeć nieturystyczne boki muru, upstrzone chińskimi barami, z typowymi hutongami "oblepiającymi" okolicę. Były to typowe ceglane budowle zamieszkane przez Chińczyków (kiedyś w Pekinie tylko w takich mieszkano), z wąskimi alejkami, gdzie drzwi domostwa wychodziły prosto na ulicę. Hodowano tu kury, na sznurach z okien przewieszano pranie, dzieciaki z krzykiem biegały od domu do domu. Hutongi są jedną z atrakcji polecanych do obejrzenia. Jednak te najpopularniejsze znajdują się w dzielnicy Dongcheng North. Te jakoby mniej turystyczne jednak pokazują jakie życie wiedli mieszkańcy Pekinu, nieturystyczne i niewyreżyserowane.

W przejściu podziemnym (tuż pod około dziesięciopasmową drogą!) czekała nas kolejna, wydawać by się mogło, niekończąca przeprawa bagażowa. Coś tam stanęło, padło i taśma sprawdzająca bagaże nie chciała działać. Ale skoro byliśmy już tak blisko chcieliśmy na własne oczy ujrzeć miejsce najczęściej widziane w telewizji przy ujęciu Pekinu czy (niestety) plac mordu kilkudziesięciu tysięcy ludzi w latach 80-tych. To co pierwsze przychodzi mi do głowy, gdy mówię o czymś chińskim to: duże, ogromne, lub potężne. I to oczywiście też takie było.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.