Blog

02 Sie

NIHAO CHINA

Posted by

Lokalny pociąg wjechał na, rozgrzaną słońcem już od porannych godzin, stację w Zamyn-uud. Ledwo z niego wysiedliśmy, a do wagonów rzuciła się chmara pracowników kolei doprowadzając pociąg do czystości. Myli nawet okna od zewnątrz.

Inny świat

Zasiadłam nieprzytomnie z Julkiem na jednej z ławek, popijając ostatnie krople słodkiego napoju i oczekując, aż Krzysiek załatwi wszelkie formalności związane z dalszą podróżą. W takich momentach lubił czuć się potrzebny i kontrolować sytuację,  a ja nie miałam nic przeciw, by się trochę pobyczyć. Ledwo udał się w kierunku stacji autobusowej, a po chwili wracał z uśmiechniętą Mongołką próbującą swych sił po rosyjsku. Miała zapewnić nam przejazd swoim prywatnym samochodem przez granicę aż do granicznego miasta po stronie chińskiej - Erlian. Krzysiek zakupił trochę juanów, na wszelki wypadek gdybyśmy w Erlian nie zlokalizowali bankomatu. Przyjemnie było zasiąść w klimatyzowanym nowoczesnym aucie epatującej sympatią kobiety. Zaskoczeni byliśmy pozytywnym i całkiem nowoczesnym, jak na warunki mongolskie, wyglądem Zamyn-uud. Biorąc pod uwagę wcześniejsze  "zurbanizowane" widoki w tym kraju oraz świadomość, że zazwyczaj przygraniczne miasteczka lepiej unikać niż zadomawiać na dłużej, kompletnie zbiło nas to z tropu. Widzieliśmy ładne, normalne budynki, dokończone ulice, wszystko schludne i nowe. Jeszcze bardziej zaskoczeni byliśmy, gdy po 2 kilometrach dotarliśmy do bramek wjazdowych do kontroli granicznej, przed którą stał niekończący się ciąg jeepów obładowanych turystami, głównie z Mongolii. Kobieta "przerzuciła nas" do samochodu swojego kompana, żegnając się z nami i uciskając na tylnych siedzeniach jeepa, na których już siedziała dwójka kobiet (matka z młodziutką córką) a z przodu głowa rodziny z kierowcą. Po minie Krzyśka wyczytałam, że nie do końca podoba mu się to rozwiązanie, ale niewiele mógł teraz z tym zrobić. Zresztą sama nie miałam najmniejszej chęci ściskać się na siłę z nowo poznanymi Mongołami. Okazało się jednak, że mieliśmy (jak zwykle) więcej szczęścia (niż może rozumu), bo trafiliśmy na nastolatkę świetnie mówiącą po angielsku, co w Mongolii graniczyło prawie z cudem.

Spędziliśmy miły czas z rodziną (bo przeprawa trwała około 1,5 godziny), tłumaczyli nam wszystko co działo się na drodze, nasze prośby do kierowcy a także w matczyny sposób troszczyli się o nas podczas całych formalności granicznych. Trzykrotnie opuszczaliśmy samochód z całym bagażem, wymęczeni, w upale, by poddawać się kolejnym kontrolom bagażowym, opłatom i rozmowom z urzędnikami obu krajów. Nawet zdążyliśmy się polubić i czule żegnać przy rozstaniu. Julek, chcąc nie chcąc, musiał podarować dziewczynce buziaka.

Gdy tylko przekroczyliśmy granicę z Chinami, uderzyła nas ogromna różnica wizualna terenu. Tuż za stepową Mongolią, stanęły przed nami nowoczesne budynki, wielopasmowe drogi asfaltowe (!), wzmożony ruch uliczny ("wolna amerykanka"), soczyście zieloną roślinność i wszystkiego dużo. Poza nowoczesnymi samochodami, po ulicach slalomem, nie patrząc na innych, przeciskały się riksze, motorowery oraz różne inne dziwne wynalazki skonstruowane jakby przez każdego kierowcę indywidualnie. Najbardziej tym show zainteresowany był Julek, nie zwracając uwagi na dziwne krzaczki (literki) pojawiające się na każdej mijanej budowli. W Erlian wysadzono nas na stacji kolejowej, gdzie planowaliśmy zakupić bilety do Pekinu. Nie upieraliśmy się przy kontynuowaniu podróży tego samego dnia. Upał wystarczająco dał nam w kość, a dodatkowo czuliśmy się lekko skołowani transportem oraz niedospaniem po dzielonej łóżkami nocy w pociągu. Na stacji kolejowej okazało się, że biletów do Pekinu nie będzie przez tydzień (wszystkie wykupione). A dowiedzieliśmy się tego również dzięki swojemu sporemu szczęściu, natrafiając na bardzo kontaktową i angielskojęzyczną pracownicę jakiegoś budynku obok kolei. Skierowała nas z uśmiechem na stację autobusową, zamawiając taksówkę i z góry ustalając cenę kursu, parę razy przekazując ją nam. Wspomniała na odchodne, że obok stacji jest mnóstwo tanich hoteli, więc na noc jak najbardziej poleca. Niedaleko znajdziemy również parę knajpek na obiad czy kolację. Mimo że głupkowaci się nie czuliśmy, jakoś tak pomyślałam, że głupi to jednak ma szczęście:).

Wszystko działo się sprawnie, szybko, że powoli padaliśmy ze zmęczenia. Tylko Julek, o dziwo, był w najlepszej formie. Nie miał tak głowy zaprzątniętej organizacją i skupiał się na obserwacji otoczenia. Zlani potem siedzieliśmy po chwili na dworcu autobusowym, a Krzysiek ostatkiem sił zdobywał informację na migi o biletach do Pekinu. Wrócił.

- Musimy się przespać w hotelu obok. Wszystko już sprawdziłem. Są fajne pokoje, duże, czyste i przestronne i nie takie drogie. Bilety do Pekinu też mam, chociaż wciskali mi takie, że bylibyśmy na miejscu w nocy, a tego nie chcemy nie? - Gadał jak nakręcony. Pewnie euforia dodała mu tych chwilowych skrzydeł. - Jedziemy jutro o 16 autobusem sypialnym i będziemy jechać około 12 godzin. I wiesz co, tam naprawdę są łóżka. Myślałem, że mi kit wciskają, ale pokazali, że normalnie będzie się jechało na leżąco. A Julek nie potrzebował biletu. No chyba nie będzie spał z nami na jednym, bo to nierealne?? - Patrzyłam otępiałym wzrokiem, ale przyjęłam do wiadomości.
- No niezły jesteś. Ja chętnie pójdę spać zaraz, bo ledwo patrzę na oczy. - Spojrzałam na Julka, któremu raczej przez chwilę taka myśl nie przyszła do głowy. Nim się obejrzałam, szliśmy długiem korytarzem po wielopiętrowym hotelu ułożonym drzwi w drzwi z naszą stacją kolejową. Z pojedynczymi słowami chińskimi wyłapanymi ze słownika dogadaliśmy się z recepcjonistką i lada chwila siedzieliśmy rozłożeni na świeżej pościeli w schłodzonym pokoju. Mimo wcześniejszych oporów, Julek padł na jednym z łóżek w podobnej euforii jak rodzice.

- Podobają mi się te łóżka. - Tulił bielutką poduszkę tuż po przebudzeniu. Tego, jak i kolejnego dnia skupiliśmy się na radowaniu się ekskluzywnością chińskiego pokoju, mając w głowie dawne mongolskie obrazy. Schodziliśmy na zewnątrz, by w około czterdziestostopniowym upale nie do przyzwyczajenia, zasiąść w jakiejś knajpce na pysznym obiedzie czy zakupić jakiś drobny prowiant na śniadanie.
- Nie wiem, jak my przywykniemy do tego palącego potwietrza. Prawdopodobnie w Pekinie i na południu kraju będzie jeszcze goręcej. - Odrzekłam cała mokra, jakbym dopiero co wyszła spod prysznica.

NIEKOŃCZĄCA SIĘ PODRÓŻ DO PEKINU

Przed 16 siedzieliśmy, a właściwie leżeliśmy w autobusie relacji Erlian - Pekin. Krzysiek nie był usatysfakcjonowany ta formą transportu, gdyż cały czas miał w głowie statystyki najczęstszych wypadków, w których ginęli Chińczycy. No i na pierwszym miejscu były te z udziałem autobusów. Faktycznie kierowca pruł poza miastem jakby chciał się znaleźć w stolicy przed czasem. Samo wnętrze pojazdu było dość ciekawe. Wyściełane wąskimi dywanami, dwa przejścia wzdłuż autobusu, oddzielały 3 rzędy piętrowych łóżek pasażerów. W obowiązku każdego podróżującego było zdjęcie butów tuż przed wejściem na dywan i chowanie obuwia do siatek branych ze sobą. Ledwo wywalczyliśmy prawo do posiadania przy sobie podręcznych bagaży, by na miejscu żałować decyzji i chyląc głowę ku temu, który to rozporządzenie wymyślił. W środku bowiem było miejsce tylko na człowieka i na nic więcej. Na własne życzenie dzień jak i noc spędziliśmy z podkurczonymi nogami, co nie sprzyjało zbytniej wygodzie. Nie przydał się nawet śpiwór, wzięty na wypadek niekontrolowanie działającej klimie, bo ta tu nie działała. Lekko wiejący wiatr z otwartego okna dodawał otuchy zlanym potem pasażerom. Trasa do Pekinu, tuż po wyjechaniu z Erlian stała się dość szybko monotonna a to przez sam fakt przemieszczania tzw. Wewnętrznej Mongolii, która nie odbiegała zbytnio widokami od stepowych rejonów tego kraju. Zresztą dla naszych współpasażerów większym zjawiskiem podróży był sam Julek, który znalazł się w aparatach chyba wszystkich Chińczyków tej trasy.

Kierowca autobusu, póki na dobre się nie ściemniło za oknami, zatrzymał się parę razy na toaletę i ustaloną w jednej z przydrożnych knajp kolację. Potwierdziło się stwierdzenie chłopaka poznanego na Olchonie, że publiczne ubikacje chińskie są najgorszymi z możliwych na świecie. Takiego smrodu, towarzyszących temu bzykających lepkich much, wszędobylskiego zdezelowanego użytkowaniem papieru toaletowego, faktycznie nie widziałam nigdy w życiu. Musiałam opanować długie wdechy i egzotyczne obrazy w głowie po wejściu do obleśnych wychodków czy restauracyjnych dziur w betonie. W tym ostatnim Krzysiek podchodził do toalety parokrotnie, widząc współtowarzyszy podróży w pozycji na Małysza, bezproblemowo kucając obok siebie w bezkabinowej otwartej przestrzeni i strzelając klocki i bąki z małym postękiwaniem. Przepraszam, ale inaczej i delikatniej zobrazować tego nie umiałam:).

Noc w autobusie przeminęłaby może nawet w porządku, gdyby nie fakt, że o 2 w nocy rozpalono światła i na cały regulator puszczono jakąś piejącą niczym kogut muzykę.
- No to chyba nie jest Pekin.. - Powiedziałam zaspana, mokra z lepką koszulką na sobie, sama w to nie wierząc. - Przecież mieliśmy dojechać tu około szóstej, tak?
- Idę zobaczyć. - Powiedział równie nieprzytomny Krzysiek. - Ludzie się kręcą przy bagażach, więc chociaż dopilnuję naszych. Mimo tego otumanienia śmiałam się z dokładnych opisów Krzyśka i jego relacji podróży. Cały czas troszczył się o Julka, by nie odkrywał się zbytnio przez sen, jednocześnie odkrywając go co jakiś czas, bo nawet głowę miał mokrą jak spod rynny. Sam zasnąć nie mógł, bo jak stwierdził, mrukliwi Chińczycy pobudzili się po kolacji i rozkrzyczeli w porze do spania, strzelając przy tym śmierdzące bąki. Faktycznie sama byłam świadkiem najzwyklejszego w świecie pruka młodzieńca siedzącego za mną, który pewnie potraktował to jak przelot niewidzialnej muchy. Ten sam chłopak jednak swoją łamaną angielszczyzną potwierdził mi nazwę miejscowości, do której przybyliśmy - PEKIN.

- ... - Przeklął pod nosem Krzysiek, gdy z trudem samodzielnie pozbierał nasze rzeczy do kupy tuż przy luku bagażowym, a ja na ile to było możliwe wytargałam śpiącego i lejącego się przez palce Julka. Był wściekły i rzucał epitetami na prawo i lewo dodatkowo dodając grozy sytuacji, w której się znaleźliśmy. Wiedziałam, że negatywne nakręcanie się w niczym nam nie pomoże. Starałam się znaleźć pozytywy sytuacji, a tą zdecydowanie był fakt, że w Erlian zarezerwowaliśmy przez internet lokum w Pekinie. Nie było to takie oczywiste, gdyż całą Amerykę Południową zjechaliśmy bez żadnego wcześniejszego bookowania. Przy największej stolicy świata byłoby to nierozsądne, a w tej nieprzewidzianej sytuacji  głupie i bezmyślne. I mimo stresującego momentu spotęgowanego nagabywaniem nas przez kierowców pseudo-taksówek, udało nam się znaleźć jakąś oznakowaną samotną żółtą, która jak na życzenie pojawiła się przy nas zrezygnowanych. - Widzisz, wcisnęli mi te bilety wmawiając, że autobus dojedzie w ciągu dnia, bo widzieli, że nie chcę dojeżdżać na miejsce w nocy. - Zdenerwowany Krzysiek nie przestawał. Na szczęście hostel, do którego przyjechaliśmy w nocy, z notorycznie działającą recepcją rozwiał wszelkie wątpliwości na dobry wybór i stworzył nadzieję na jednak fajne wakacje w Pekinie.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.