Blog

29 Lip

TAJEMNICZE ODLUDZIE

Posted by

Wjechaliśmy do tajemniczego lasu gór. Tylko tak to mogę nazwać. Powoli zaczynałam żałować naszego powrotu, bo za każdym razem Mongolia udowadniała, że ma różne oblicza, niezliczony wachlarz różnorodności krajobrazowej, zjawisk natury, tworów ziemnych.

Jazda w nieznane

A jak gdzieś bardziej na wschód są jeszcze zupełnie inne pejzaże, cudy natury? Nawet Julek słysząc z naszych ust przeróżne epitety, sam z siebie westchnął:
- To Bóg to wszystko zrobił? Kolega Papiego (czyt. papieża)? - tak istnienie tego Najwyższego tłumaczył mu Krzysiek.

- Kurcze, tak długo jechaliśmy, to chyba tu gdzieś będziemy spać? - spytałam na głos, nie oczekując odpowiedzi. - To wygląda jak jakiś park, a żywej duszy nie widać. Ale trzeba przyznać, że jest cudownie. - Znowu uchwyciłam komórką niezliczoną ilość wyrastających z ziemi skałek o rozmaitych kształtach.
- Tak, w Stanach postawiliby zaraz wszędzie bramki, wymyślili mnóstwo atrakcji za grube pieniądze. A to tu sobie stoi i jest, ot tak za darmo. Ale trzeba przyznać, że aż się prosi o zagospodarowanie tego miejsca. To nie jest byle polana z górkami. Gorsze naturalne wybryki są na świecie zaraz reklamowane i właściwie zarządzone. - Dywagował Krzysiek. Mijaliśmy ogromne twory, przeciskając się coraz ciaśniejszymi dróżkami między skałami, aż dotarliśmy do jednej jurty.

- Boże, mam nadzieję, że nie będziemy tu spać. - Przeraziłam się widząc jedną jurtę, przed którą wyszła czteroosobowa rodzina. Dodatkowa obok stojąca zazwyczaj świadczyła o tym, że rodzina oddawała wolną gościom, a sama spędzała noc pod jednym dachem. Tu nic nie było innego, poza jakimś ger-campem kilometr stąd. Na szczęście wysiadka z samochodu w celu przywitania się z właścicielem była tylko niezamierzoną zmyłką. Biemba przekazał mężczyźnie kanister, by napełnił wodą i ruszyliśmy w kierunku naszego domu oddalonego o kolejny kilometr. Ku naszym oczom pojawiły się trzy jurty obok siebie wtulone w krąg skalny, stanowiące jakby schronienie dla nich. Na tyłach namiotów stały jakieś rozpadające się drewniane domki połączone ze sobą pomostami, równie drewnianymi. Zajrzałam do nich. Wydawało się, jakby kiedyś właściciel miał w zamyśle stworzenie jakiegoś opłacalnego interesu dla dużych grup turystów. Być może nic z tego nie wyszło. Szyb w oknach praktycznie nie było, na drewnianych podłogach stały poniszczone łóżka lub same stare pledy, jakby należały do jakichś bezdomnych, ale chwilowo ich nie było. Całość była dodatkowo ogrodzona chylącym się ku ziemi płotkiem.

Scenariusz jak z thrillera

Biemba stanął tuż przed pierwszą jurtą od lewej. Nasza była środkowa i jako jedyna doprowadzona do stanu użytkowości. Przez szpary drzwi w pozostałych można było dojrzeć porozrzucane na ziemi koce, prowizoryczne posłania. Było cicho, aż za cicho. I te góry tak spokojnie nas otaczające. W tle dobiegł nas odgłos silnika motoru. Właściciel przywiózł pełen wody kanister, zachodząc na ciastko i herbatę. Tym razem ja postanowiłam już pełnić rolę gospodyni. W jurcie było mnóstwo miejsca i poza standardowymi dwoma, bardzo twardymi drewnianymi łóżkami, po środku stała podwójna rozłożona sofa oraz dwa fotele i stolik. Właściwie za każdym razem wnętrza jurty przypominały mi mniejszych rozmiarów namioty cyrkowe. Gospodarz odjechał pozostawiając nas z Biembą i tą ciszą. Rozlana podczas mycia rąk woda ściągnęła, niczym spragnione napoju, muchy. Jakoś to tak dziwnie wyglądało. Część potopiła się lub potruła domieszką mydła.
- Krzysiek, jakoś nieswojo się tu czuję. Z jednej strony jest tu pięknie aż nie do opisania, ale ta cisza, nikogo wkoło, brak jurty właścicieli i te muchy, które lecą do wszystkiego. Skąd ich tu tyle? Muchy raczej lecą.. wiesz do czego. Ale do wody? - Zastanawiałam się na głos. - Wiem, że to głupio zabrzmi, ale przypomina mi się taki obrazek z amerykańskiego horroru, że wokół grasują ludożercy i czekają tylko, gdy zapadnie zmrok i nas załatwią. Stąd te muchy, bo gdzieś tam w tych górach poukrywane są ciała innych turystów.
- Ale ty głupia jesteś. Przestań, bo nie będę mógł spać w nocy. - Zbeształ mnie Lisu. - Ale faktycznie jakoś tak jest inaczej. Dlaczego właściwie nie słyszy się, by jakaś przemoc czy napady miały miejsce w Mongolii? Niby jest to kraj prawa, ale jak prawo może istnieć na takim odludziu? Tu nikogo nie ma, być może nikt do końca nie wie, że tu przebywamy. A jak ktoś by nas napadł, zrabował, nastraszył? Komu to zgłosić? Tu nawet zasięgu telefon nie ma, nie wspominając o prądzie. - Krzysiek w swych rozmyślaniach wcale nie był ode mnie lepszy, ale już zaczynałam się martwić, że się tak tym wszystkim nakręcamy i faktycznie nie będziemy mogli wieczorem zasnąć. - Pamiętasz jak rozmawialiśmy, że rząd właściwie poza stolicą, niewiele daje swojemu krajowi. Ani dróg, ani kanalizacji, ani prądu, żadnego poczucia bezpieczeństwa, mimo że jakieś niewielkie posterunki policji w małych miasteczkach są.

Postanowiłam przerzucić moje myśli na coś bardziej neutralnego i zabrałam się do gotowania czerwonego barszczu. W Mongolii w każdym sklepie, nawet najmniejszym w wioskach można było zakupić produkty z Polski. Dziwiło mnie, że nawet niektóre etykiety nie były przetłumaczone na mongolski. Skąd ci ludzie mieli wiedzieć co to. Najważniejsze, że my świadomie zakupiliśmy wiórki buraczkowe, ziemniaki i wędzony boczek, bo po chwili po jurcie rozchodził się zapach prawdziwej, polskiej domowej zupy. Gdy po spałaszowaniu, zabrałam się do zmywania (na pustyni czy stepach jest mnóstwo czasu na wolne czynności), motorem pod jurtę podjechało dwóch młodocianych Mongołów. Nawet się nie przywitali, a ja nie wiedziałam, czy to może rodzina gospodarza. Rozbawieni, rozmawiając w swoim języku, pobiegli do pozostawionych drewnianych domków za moimi plecami. Biemba spał, obok mnie umorusany w piachu (nawet na twarzy) bawił się Julek. Z piskiem opon odjechali śmiejąc się pod nosem. Nie podobało mi się to, ale przecież nic nie rozumiałam.

Julek tylko czekał, aż uporamy się z codziennymi obowiązkami:), by wyruszyć na eksplorację miejsca. Zeszliśmy okolicę, znajdując przy okazji ogromne stosy śmieci niedaleko naszego domostwa. Stąd pewnie te muchy. Serce krajało się od tego widoku. Takie piękne dziewicze góry i kontrastująca z nimi sterta butelek. Nie mogłam tego pojąć. Potem ku uciesze juniora, zeszliśmy górki znajdujące się za jurtami. Mimo groźnego wglądu były idealne do wspinaczki, nawet z czterolatkiem u boku. Weszliśmy do 3/4 ich wysokości. Julek mężniał z każdym krokiem, zachwycając się swoim wyczynem. Potem czekał nas ostatni zachód słońca na bezludnej przestrzeni, lecz nie tak widowiskowy, gdyż słońce ewidentnie ukryło się za skałami. Zasypialiśmy na złączonych łóżkach, nad którymi rozwiesiliśmy moskitierę. Mimo braku, wizualnie, komarów wokół, Julek każdego dnia budził się z nowymi ugryzieniami.Postanowiliśmy sprawdzić nowy zakup, przy okazji oszczędzając mu dodatkowych swędzących kropek.

Około drugiej w nocy obudził nas odgłos warczenia silnika zbliżającego się pod jurty motora.
- Tego już za wiele. - Powiedziałam do równie postawionego na nogi Krzyśka. - Co innego mieć złe przeczucia, czy dziwnie odbierać miejsce, albo nawet tworzyć niestworzone historie, ale kto robi w nocy show na pustkowiu? - Trajkotałam szeptem zdenerwowana.
- Chyba obudzili Biembę, bo coś tam odburknął. - Usłyszał Krzysiek. Kierowca, jak każdej nocy, spał w swoim aucie.
- To może te smrody, które podjechały dziś  na motorze, gdy zmywałam. Może uznali, że zrobią nam kawał. Albo są nachlani i próbują przeczekać do rana, aż alkohol z głowy wyparuje. - Głośno rozmyślałam dalej. Faktycznie całe zdarzenie brzmiało, jakby po jakiejś imprezie (na pustyni ?!?) dwudziestolatkowie przyjechali do opuszczonych ruder popić dalej, czy przespać się. Wydawało mi się, że słyszę wymiotujących. W międzyczasie podjechały dwa kolejne motocykle i dwóch innych kompanów dołączyło do głośnego towarzystwa na koniach. Te co chwilę, w oczekiwaniu na swoich panów, rżały gdzieś wśród gór, po którym nocą wyjątkowo niosło się echo. Nie mogliśmy spać. Głosy ucichły dopiero o 5 rano, gdy całe towarzystwo, wydawało się, wyniosło z tymczasowego lokum. Potem znowu wrócili o 8, by zapakować się na motocykle i ruszyć dalej. Żałowaliśmy, że naszemu kierowcy nie przyszło do głowy, by zapukać do nas w nocy i powiedzieć, że mężczyźni zatrzymali się tu w drodze do kolejnej swojej dalekiej destynacji.

Nieprzytomni, bo niewyspani, ruszyliśmy do ostatniego postoju w Mongolii - Czojr. Tu mieliśmy przenocować, by następnej nocy wsiąść w pociąg międzynarodowy do Pekinu w Chinach. Biemba od organizatora wycieczki dostał wytyczne, by zakupić nam odpowiednie bilety.

comment

  • Kamil

    Julek odkrywca. Taki mały ..a już tyle widział. Pozdrawiamy Julka jak i jego dzielnych rodziców ! Kamil i Sabina

    Kamil wtorek, 29 lipiec 2014 22:26

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.