Blog

29 Lip

OSTATNIE NOCE W JURCIE

Posted by

Dwie doby do zakończenia ekspedycji po Mongolii. Odczuwamy lekkie zmęczenie, chęć wykąpania się w ciepłej bieżącej wodzie i skorzystania z toalety ze zwykłym sedesem w ładnych, nieśmierdzących warunkach.

Może dlatego te pragnienia przyćmiły nam nieustająco zmieniające się widoki za oknem UAZ-a. Wydawało się nam, że skoro pozostała już końcówka tej podróży, a noclegi zostały rozłożone na dwa, by łatwiej znieść te trudne kilometry jazdy wśród stepów, wzniesień i pustyni, nic nas nie zaskoczy. Najciekawsze punkty mieliśmy przecież za sobą.

Niespodziewana burza piaskowa

Po kolejnym posiłku w miasteczku po drodze, gdzie cała rodzina w tutejszej restauracji zwarła się do przygotowania na świeżo obiadu dla nas (naadamowych placków z baranim nadzieniem i ryżu z namiastką warzyw i kozą), dotarliśmy do jurty na pustkowiu.
- Gdybym miała tu spędzić dwie noce, nie mam koncepcji co miałabym robić. Jak okiem sięgnąć, tylko pustynia i pustynia. Nawet źdźbła trawy nie ma. Co jedzą te biedne kózki? - zapytałam zmartwiona widokiem "niemowlaków" usadowionych pod kołami jeepa właścicieli.
- A co miałabyś robić. Pewnie byś coś wymyśliła jak wszędzie. - Odpowiedział rozleniwiony po długiej podróży Lisu.

Po powitaniu z nowymi właścicielami (gdzie gospodarz wyglądał jak mongolska wersja wychudzonego Rambo), poczęstunkiem herbaciano-ciastkowym, przekazano nam ich prywatną ogromną jurtę. Boki nowego domu, które standardowo okryte były materiałami zrobionymi z wełny baraniej, lekko uniesiono do góry. Uznałam, że pewnie dla przewietrzenia. Liczyłam, że zostanie na noc zakryte, gdyż Krzysiek zamęczyłby się znoszeniem z okolicy kamieni zatykającej wszystkie dziury jurty.
- A jak mi tu jakiś myszoskoczek jak ostatnio przyjdzie? - zapytał z przekąsem.
- Tu nic nie ma, nawet trawy, to ten skoczek nie miałby tu co jeść. - przypomniałam sobie jego akcję ratunkową z pierwszej nocy na Gobi. Gdy zagonił biedną pustynną mysz w "kozi róg", nie mógł zasnąć czekając na odwiedziny kolejnych. A gdy usłyszał przeraźliwy krzyk Julka, który niekontrolowanie (ale było to bardzo realne, bo nie raz się już zdarzyło) spadł z łóżka i się rozpłakał, stanął na równe nogi, mało nie potknął się o nasze bagaże w ciemności a rozpalając światło gotów był zobaczyć gryzonia. Nie znalazł, a nasz syn jęknął przez sen i leżąc głową w dół, poza łóżkiem, spał dalej niewzruszony wydarzeniem.

Padliśmy wszyscy, jak jeden mąż, na twarde łóżka. Prawie zasnęłam, widząc jak przez mgłę gospodynię zasuwającą doły jurty baranim futrem. Pewnie usłyszała moje myśli - zaśmiałam się w duchu. Zaraz "z pola" wrócił Krzysiek usadowiony gdzieś za pierwszą lepszą górką za potrzebą.

- Sarenko, na jurtę naciera normalnie jakaś ściana piachu. - Rzucił w ekscytacji.
- No właśnie coś mi się wydawało, że jak jechaliśmy z Biembą autem, to taką ścianę w oddali widzę a on się na nią z niepokojem patrzył. Poza tym nie dziwię się teraz czemu gospodyni tak szybko opuściła boki namiotu. - Ledwo wypowiedziałam te słowa, a jurtą zaczęło rzucać na wszystkie strony, a za otwartymi drzwiami pojawiła się chmura piachu. - Krzychu to burza piaskowa, zamykaj drzwi! - krzyknęłam i zerwałam się na równe nogi. Tylko Biemba jak gdyby nigdy nic spał na łóżku obok.
- Biemba, wstawaj! Burza piaskowa. Nie mogę zamknąć dachu! - Wykrzyczał bądź wygestykulował jak marionetka Krzysiek.

Kierowca pobiegł zasunąć wysoko i ciasno splątaną płachtę dachu. Gdy wrócił zawiesił się na obciążeniu dyndającym na dachu jurty od środka. Teraz wiedziałam, po co wielki ciężki wór w męskim garniturze tu wisiał. Prawie go zdjęłam, uznając za przeszkadzający gadżet. Zaczęłam obawiać się tego widoku. Czy taka burza mogła porwać jurtę? Przy drzwiach siedział Lisu trzymając na zmianę ze mną drzwi bez zamku. Miałam wrażenie, że mimo szybkiej interwencji piasek był wszędzie i głównie na nas. Po chwili Biemba zniknął w swoim samochodzie. Miał zwyczaj zostawiania pootwieranych okien w aucie. Podekscytowany Julek bawił się na podłodze tworząc jakieś schronienie dla siebie. Co tylko wystawiliśmy głowy za jurtę, widok niezmiennie na parę centymetrów objawiał chmurę piachu pchając się w nozdrza i oczy, jakby pustynia mu nie wystarczała.

- A ja zdążyłam się przejąć, że tu nie będzie co robić. Właściwie nie przeżyliśmy nigdy prawdziwej burzy piaskowej. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie się zaraz kłaść spać i dzień zleciał. - Faktycznie burza trwała już około dwóch godzin i chwilami wydawało się, że powoli odpuszcza, po czym znowu uderzała podmuchem o drzwi jurty. Tylko duży, groźnie wyglądający pies gospodarzy, przy każdym otwarciu jurty, pchał się z piskiem do środka. Niestety nie wyglądał na godnego zaufania. A skoro jego pan nie uraczył go schronieniem u siebie, to czemu my mieliśmy to robić?

Serce bolało mnie na myśl, że bateria w aparacie padła na dobre (mimo rozsądnego użytkowania a od paru dni nawet wyjmowania baterii z aparatu na noc) nie dając mi możliwości zarejestrowania miejsca obrazem. Pozostało to jedynie w naszych głowach. Nie działała też kamerka, laptop a komórka świeciła już czerwoną lampką. Ta nie była przez wyjazd wogóle używana, bo zasięgu nie było praktycznie nigdzie a prąd mieliśmy tylko u Biemby w samochodzie.

Mimo tej, na pierwsze wrażenie, nudy na owym pustkowiu, okazało się, że prawdziwe show (poza piaskową burzą) przyszło wieczorem. Na niebie rozegrała się gra kolorów konkurująca jedynie z podeszczową tęczą. Wszyscy, po oddaleniu się na parę metrów od domostwa, zasiadając niczym w pierwszym rzędzie na pobliskich skałkach, w ciszy podziwialiśmy zachodzące słońce. Było chłodno. Za chwilę niebo usłało się tysiącem gwiazd.
- Sarenko, szybko! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem! - wykrzyczał z zewnątrz Lisu, który poza jurtą delektował się ciszą, podczas gdy ja spisywałam zapiski w pamiętniku. Julek już spał. Wyszłam na zewnątrz do siedzącego na małym stołeczku myśliciela. Przede mną, jakby sztuczny twór, jaskrawo świecił się księżyc w pełni. Był nienaturalnie ogromny, jakby ktoś nad tą Mongolią bardziej go zniżył. Zrobiło mi się głupio, że tak niesprawiedliwie oceniłam to miejsce.

Tsagaan Suvarga, czyli czerwone, piaszczyste morze

Kolejnego dnia czekała nas jeszcze jakaś atrakcja.
- W drodze do domu? To tu jeszcze coś jest? - Zastanawiałam się głośno, gdy ledwo odjeżdżając od ostatniej jurty podjechaliśmy do jakiejś ogromnej wyrwy w ziemi w odcieniach jaskrawej czerwieni. Jak grom z jasnego nieba spadła na mnie myśl, że przecież może komórką uchwycę ten niebywały cud natury. - A mówiłeś, że nic nietypowego już nie zobaczymy. - Rzuciłam jakby z wyrzutem do Krzyśka.
 
Wyrwa w ziemi zaczynała się brązowymi skamieniałościami w kształcie ogromnych grzybów. Spadały one pionowo do wzburzonego czerwonego "morza" piachu. Wszystko wyglądało tak nienaturalnie, że żałowałam, iż od kierowcy nie dowiemy się niczego na temat owego miejsca. Jak powstało, skąd te kolory? Mogliśmy jedynie zgadywać, gdybać sobie, przypuszczać. Chwilowo usatysfakcjonowana, że bateria komórki wytrzymała te parę zdjęć, oczekiwałam nowego miejsca noclegu. Przewodniczka, która dojechała na pustynię z grupą z Ułan Bator wspomniała, że ostatnią noc spędzimy w naprawdę pięknym miejscu. A ja przypomniałam sobie, że Biemba ma w samochodzie wejście USB, którym mogłam podłączyć aparat i kamerkę i trochę je podładować do kolejnych zdjęć.

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.