Blog

25 Lip

UAZEM PRZEZ PUSTYNIĘ

Posted by

Na Gobi czekały nas jeszcze dwie noce w kolejnym miejscu, a potem pojedyncze dwie w drodze do Czojr, gdzie mieliśmy pożegnać się z Biembą. On wracał do Ułan Bator po kolejną grupę turystów, my kontynuowaliśmy podróż w kierunku Chin. Po prawie dwóch tygodniach podróży po Mongolii, byliśmy już troszeczkę zmęczeni niedogodnościami życia codziennego, a jednocześnie gdzieś pojawiał się smutek na myśl, że już ją opuszczamy. Trzeba przyznać, że nie jest to aż tak popularny kraj do zwiedzania. A szkoda, bo warto. Być może i Mongolia podąży za czasem postępu i niedługo prawdziwa jurta pójdzie w zapomnienie, a na jej terenie powstaną drogie ger-campy dla bogatych turystów spragnionych prawdziwego folkloru. Dziewiczy i niedrogi jeszcze kraj Chinggis Khana mógłby już teraz stać się miejscem wakacji marzeń.

Yol Am - dolina orła

Szczęśliwi, że żegnamy się z nieustająco wyjącymi wielbłądami (dzień i noc) pognaliśmy w kierunku zielonych dolin. Niedogodności podczas podróży zrekompensowały podjazdy i zjazdy niczym na roll-coasterze, gdzie tylko rąk do góry nie mogliśmy unieść, bo stracilibyśmy grunt pod nogami. Zawzięcie jedną ręką podpieraliśmy się sufitu, drugą asekurowaliśmy naszego jedynaka, by i on się na nim nie znalazł. Koleiny okazały się po chwili idealną kołyską dla niego, bo usnął tak twardo, że ominął niewzruszenie ciasne przeprawy przez groty, spacer kamiennym wąwozem i coraz bardziej zielonym terenem, po którym biegały przerażone chomiki. Na obiedzie w jednej z typowych, slamsowo wyglądających mieścin, zjedliśmy obiad złożony z pierogów z mięsem baranim (jakby inaczej) i podjechaliśmy pod okoliczną pompę nabrać wody pitnej na kolejne dni.

Po krótkim spacerze po bardzo obleganej przez turystów (głównie mongolskich) urokliwej dolinie, którą pokonać można było również na koniach, podjechaliśmy do pobliskiego muzeum przyrodniczego. Wnętrze powitało nas naturalnej wielkości wypchanymi zwierzakami regionu. Najbardziej jednak rozbawił nas jeden z nich o dziwnie zniekształconym pyszczku.
- Chyba Mongołowie nie należą do specjalistów w dziedzinie wypychania zwierząt. - powiedziałam rozbawiona do Lisa, wskazując na pokrzywionego Rysia.
- A co ty myślisz, że wśród zwierząt nie może się zdarzyć jakaś choroba, Down czy inne? - odrzekł całkiem poważnie mój mąż.
- No i oni takiego wzięli, wypchali i ustawili jako ekspozycję. - kręcąc głową przeszłam do innej sali.

Za muzeum nie płaciliśmy. Jak oni to utrzymywali nie biorąc za wejście choć trochę tugrików? Na zewnątrz stało parę eleganckich jurt służących za sklepiki z pamiątkami. Było dużo niedrogich mongolskich gadżetów, których niestety ze względu na formę naszej podróży nie mogliśmy zakupić. Nie mieliśmy za wiele wolnego miejsca w bagażach, a Julek codziennie (no może poza Mongolią, gdzie nie było sklepów) próbował wymusić na nas zakup jakiejś zabawki.

W kierunku dolin

Zielone magiczne doliny to kolejny postój na dwie noce. Już sam krajobraz stwarzał wiele możliwości, a to krótkich spacerów wśród dolin, czy nawet samodzielnych trekkingów po niezbyt wysokich szczytach. Najpierw jednak cały sielankowy obraz przyćmił smród z jurty, którą gospodarze przydzielili nam do spania.
- Nie wytrzymam. Myślałem, że przesadzam, że się do tego zapachu przyzwyczaję, ale teraz to już mi się nim odbija i chyba zwymiotuję. - powiedział zrezygnowany Lisu. Faktycznie jakoś nietypowo śmierdziało. Wydawało się, jakby jurty przesiąkły nieustającą wilgocią, która w żaden sposób nie mogła się z nich ulotnić. Dodatkowo utrudniało to na stałe zamontowanie plastikowe obicie "okna" w dachu namiotu. Na szczęście wzdłuż stało parę sztuk identycznych, więc Krzysiek szybko wywąchał taką z najmniejszą dawką owego fetoru. Teraz trzeba było tylko przekazać prośbę Biembie, a ten właścicielom.
- Myślę, że Biemba tego nie poczuł, ale wiedział, że skoro o to prosimy, inne jurty są wolne, to musi poprosić o to gospodarzy. Zlokalizował pusty kosz na śmieci obok naszej jurty i na nią zwalił ten smród. - Krzysiek przeanalizował całe zajście. Po chwili do jurty zaczęły przychodzić kolejni członkowie rodziny, upewniając się, czy nie przesadzamy i ze zdziwieniem spoglądając w naszą stronę.
- Chyba nie czują się urażeni?- upewniałam się.

Niebo wcześnie usłało się ciemnymi chmurami nocy, w dolinie zrobiło się wietrznie i chłodno. Zamknęliśmy drzwi naszego królestwa, by odbyć kąpiel nagrzaną w czajniku. Dziś za wannę służył nam nasz największy garnek.

Spacer po wzgórzach

Jeden element wycieczki, przedstawiony przez właścicieli hosteli, nie sprawdził się. Otóż Biemba nie garnął się do gotowania dla nas, a właściwie jakimś nieopisanym sposobem stało się dla niego oczywiste, że jeśli nie ma zapewnionego wyżywienia w jurtach, dzielimy się z nim posiłkami, w knajpach płacimy za niego (nie podejmował próby wyjmowania portfela i płacenia za siebie) a po zjedzeniu jedynej chińskiej zupki, jaką miał ze sobą, nie zakupił kolejnych zapasowych.

Po śniadaniu zebraliśmy się na trekking po pobliskich górkach, planując piknik gdzieś na grani i w zapasie targając ze sobą plecak na małego. Góry faktycznie okazały się bardzo do okiełznania i po chwili byliśmy na skałkowo-zielonych szczytach delektując się widokami z lotu ptaka. Z jednej strony po horyzont rozciągały się stepy, tuż pod nogami ciągnął się wysoki wąwóz (w którym jacyś miejscowi urządzili sobie camping z paleniskiem), jakiś pasterz przeganiał swoje kozy na właściwe pole, a my jedliśmy przekąski (jakby to ujął Julek). Nad głowami latały myszołowy, w dole popiskiwały ich "posiłki", a my w rozegranym przez niebo filmie wracaliśmy do swojej jurty.
- Mamo, znowu widziałem pieruny. - powiedział Juek słysząc najpierw donośne grzmienie rozgniewanego granatowego nieba gdzieś w oddali a potem dopatrując się błyszczącego zygzaka nad wzgórzami. Spokojnie siedział w nosidle zadowolony, że nie musi samodzielnie przemierzać tych niekończących się dolin. Tym razem nie padało.         

Postanowiliśmy przed wieczorem pożegnać się z Gobi robiąc sobie krótki spacer w przeciwnym kierunku, przemierzając stado nieprzejętych kóz, obserwując nietypowe koniki polne (które w strachu przed naszym cieniem odlatywały na ukrytych w swych ciałach skrzydłach motylich), chłonąc magię miejsca, a potem ciesząc się faktem, że Julek odnalazł się na małej podwórkowej siłowni wybudowanej tuż przy gospodarstwie. Nie przejął się również faktem (co zazwyczaj robi ze zdwojoną siłą), że mama poszła sobie do jurty, której z tego obiektu nie było widać. Kurażu dodawał mu nowy mongolski kolega. Wyglądem przypominał 4-latka, mówił jak 2-latek, a pluł i smarkał jakby był chory. Nasz syn był zachwycony.

Comments

  • Asia

    Dzięki, od razu będzie mi się przyjemniej pisać:)

    Asia poniedziałek, 04 sierpień 2014 01:37
  • Jaskol Lucyna

    Asia zdjecia tej czesci - przepiekne- complimenti

    Jaskol Lucyna wtorek, 29 lipiec 2014 19:45
  • Jarecki

    Świetnie napisane teksty! Aż miło się czyta o całej podróży.

    Jarecki wtorek, 29 lipiec 2014 07:36

Leave a comment

Make sure you enter the (*) required information where indicated. HTML code is not allowed.