„Że też nie potraficie usiedzieć na miejscu” – powiedziała kiedyś moja mama. Wspominałam teraz te słowa. Miała rację, bo ta nasza nadpobudliwość pchała nas właśnie w nieznane jak magnez. Mimo, że rozłąka bardzo mnie wzruszyła, myśli krążyły już gdzieś na innym kontynencie. Serce biło mocniej.

Wczorajsze „miękkie lądowanie” na obcym lądzie zakończyło się sukcesem i kontynuowało się po dzień kolejny. Suzanna idealnie wprowadzała nas w swój świat jak i zakątki nowego kraju. Dbała o każdy szczegół, byśmy mieli poczucie bezpieczeństwa, z każdą chwilą oswajając się z sytuacją niczym noworodek, który co dopiero opuścił znaną mu, ciepłą i czułą ostoję.

„Tak, bo wy to w czepku jesteście urodzeni. Co sobie zaplanujecie, postanowicie, to wychodzi i już. Wszystko z górki, nic pod górkę.” Słowa te niejednokrotnie padały z ust mojej bliskiej przyjaciółki. Wszystko to wypowiadała z uśmiechem na twarzy. Może i coś w tym było, chociaż osobiście wierzę, że działo się tak dlatego, że bardzo w to wierzyliśmy.

Nad oceanem spędziliśmy cztery relaksujące i adaptujące dni. Pranek powitał nas cielesną „delirką” będącą miksem nieprzespanej nocy przy ruchliwej ulicy i coraz bardziej wychodzącą na ciało bordową opalenizną. Opatuleni po uszy we własne śpiwory, wychyliliśmy głowy zza zasłony ocienionego pokoju i padła ocena: „na dworze ciepło”.

Przecierając zaspane oczy, schodziłam powoli po schodkach autobusu na rześkie poranne powietrze w Pucon. Z luku bagażowego wyciągnęliśmy największe plecaki i nim zawróciliśmy na małą poczekalnię terminalu, by zorientować się w ofertach noclegowych miasteczka, dopadła nas krępa, młoda i radosna Chilijka. Spokojnie, świadomie wypowiadane hiszpańskie zdania miały zachęcić nas do oferty noclegowej hostelu oddalonego o parę kroków od stacji autobusowej.

Była czarna noc, gdy zadzwonił budzik. Kompletnie oszołomieni tak nietypową godziną, z pełną parą rzuciliśmy się do wyłączenia budzików, by nie pobudzić domowników naszego drewnianego domku. Tylko firma Malinowskiego organizowała wypad na wulkan o czwartej rano. Brzmiało to egzotycznie, niestandardowo i podsycało ciekawość. Dlatego też zdecydowaliśmy się na wspólne zdobycie Villarica właśnie z nim.

marzec 22, 2009

DZIEŃ W SIODLE

W Polsce, w trakcie naszych przygotowań do podróży, Krzysiek zlokalizował gdzieś na chilijskiej stronie internetowej ofertę kilkudniowych wypraw w siodle. Jego marzeniem była przygoda niczym z dzikiego zachodu, w kowbojskich kapeluszach, ostrogach zdobiących buty, w wytartych dżinsach, źdźbłem trawy w zębach i wiatrem we włosach podczas ujeżdżania niesfornego rumaka. Wyjątkowo podekscytowała go wizja jazdy konnej po chilijskich bezdrożach, połączona z biwakowaniem, zaznajamianiem się ze zwierzem, jak i osobiste dbanie o niego każdego dnia.

Wkroczyliśmy do krainy bajki niczym z “Alicji z Krainy Czarów”. Dotarliśmy do najpiękniejszego tutejszego Parku Narodowego Huerquehue znanego właśnie z dżunglowych widoków, dość wysokich szczytów i przepięknych lagun. Do “bajki” dotarliśmy porannym, podmiejskim busem. Gdy wiejskie serpentyny pięły się coraz wyżej, wiedzieliśmy, że szlaki dadzą nam popalić.