Krzysiek vel Lisu

Krzysiek vel Lisu

Od lat chłopak korporacji z branży farmaceutycznej. Zna się na tym, jest w tym dobry, ale poznał mnie i na jego pierwsze pytanie odnośnie wyjazdu w świat usłyszał: „dobra, jedziemy!”.

Może gdyby poznał przerażoną marudę odradzającą wszelkie życiowe niestandardowe pomysły, nie zdecydowałby się na krok pozostawienia wszystkiego w rękach losu i nie wyjechałby w świat z plecakiem. Jest szczęśliwym tatą, ostro zapatrzonym w swego jedynaka. Wakacje po Europie już go znudziły a raz do roku koniecznie musi odwiedzić ukochane Bieszczady, gotowy pokonać tą odległą trasę nawet rozpadającym się po drodze PKSem.


Lubi: szanty, praktycznie wychował się w Mrągowie i zaliczył chyba wszystkie pikniki country, kocha Bieszczady, chodzić po górach (tym zaraził również mnie i od urodzenia w nosidle i po górach chodzi z nami również Julek), swoje stare koszulki (których ciągle nie udaje mi się po kryjomu komuś oddać lub wyrzucić do śmieci). W 2009 roku rozchodził kontuzję kostki, w Kanadzie zaczął biegać (bo kiedyś regularnie uprawiał jogging) i obiecał sobie, że wystartuje w maratonie w Polsce. Ma już za sobą parę maratonów i pół-maratonów. Realizuje swoje marzenia z młodości – gra w piłkę nożną i najbardziej go cieszy, gdy usłyszy od zadyszanego 20-latka z przypadkowego składu, że ma świetną kondycję i nie wierzy, że jest blisko 40-tki:).