My w komplecie

Pierwsze zdanie o mnie: nosi mnie i nie potrafię długo usiedzieć w miejscu. Kocham coś robić i nie może mnie to nużyć, bo kombinuję zaraz jak to zmienić.

Od lat chłopak korporacji z branży farmaceutycznej. Zna się na tym, jest w tym dobry, ale poznał mnie i na jego pierwsze pytanie odnośnie wyjazdu w świat usłyszał: „dobra, jedziemy!”.

Cześć! Jestem Julek i gdy powstawał ten blog miałem 3,5 roku. Z rodzicami jeżdżę gdzie się da już od pierwszych miesięcy życia. Ale dalszą wyprawę odbyłem mając 8 miesięcy.

Rodzina Lisów

Lisy – jesteśmy nimi dla znajomych. Wielkiej teorii nie ma, Krzysiek ma na nazwisko Lisowski i stąd oczywista ksywa. W 2010 roku, na świat przyszedł Julek, trzeci z Lisów. Jako bezdzietne małżeństwo zjechaliśmy prawie całą Polskę, duży skrawek Europy, zaliczyliśmy all inclusive Tunezję i Egipt i w końcu pojechaliśmy spontanicznie do Stanów, by poczuć filmowy klimat zachodniej części USA. Spodobało się! A że ciągle nam było mało, rzuciliśmy wszystko (mimo, że dodatkowo rodzina nękała pytaniami o potomka a Krzysiek miał niewyleczoną kontuzję kostki, przez co prawie nie chodził bez stabilizatora). Wyjechaliśmy na pół roku do Ameryki Południowej z założeniem powrotu z Kanady. Dodam, że Krzysiek nie przepada za lataniem, więc trzeba nam było zjechać 2 kontynenty, by wrócić do kraju. Podróż zmieniła nas, uzależniła jak narkotyk, uwolniła skrywane marzenia, odczucia, zdolności i pragnienia. Nie mogliśmy o tym zapomnieć.


Kolejny w planie życiowym był Julek. Udał się:). Potem czekaliśmy już tylko aż urośnie na tyle, by znowu wybyć gdzieś dalej, tuż przed obowiązkową szkołą. I mimo, że już z juniorem jeździliśmy po Europie (bo odpadało latanie), dusiliśmy się podczas standardowej, super sterylnej i bezpiecznej formy podróżowania. Kolejnym etapem naszego życia było prowadzenie własnego biznesu pod postacią klubokawiarni podróżniczej. Słuchając prelekcji innych podróżników, nakręcaliśmy się jeszcze bardziej na świat. Krótkie wyjazdy nie wchodziły w grę. Los zadecydował, że znowu stworzyła się w naszym życiu okazja do podróży po świecie. Tym razem z dzieckiem a na przygotowania nie mieliśmy dużo czasu. Do tego dochodził brak sprecyzowanego planu trasy i niezbyt rozbudowana wiedza o krajach, co w całokształcie  spowodowało, że adrenalina sięgała zenitu. Ale wiedzieliśmy, że to normalne uczucie, a nawet ekscytujące. Nie mogliśmy się doczekać.


Wstępny plan był, choć kolejność nieustalona i z nastawieniem na spontaniczną modernizację: Rosja, Mongolia, Chiny, Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam, Malezja, Indonezja. Rozważaliśmy Filipiny i Australię. Na mapie wszystko wydawało się tak blisko, że aż żal nie odwiedzić:).

 

Podobnie, jak w przypadku podróży z 2009 roku, postanowiłam prowadzić bloga. Odkąd zaczęłam tworzyć zapiski podróżnicze, okazało się, że mam tendencję do kreacji dziennika pod rodzinę i znajomych, a przede wszystkim pamiętnika dla nas. To wszystko powoduje, że blog okazuje się być bardzo szczegółowy, co przeradza się w dość pokaźnych rozmiarów lekturę, ale i pomocny przewodnik dla innych podróżników. Życzyłabym sobie, by "Lisy w drodze" poszerzyły się o wiedzę i doświadczenia z dwóch Ameryk (będę uzupełniała blog o archiwalne wspomnienia) oraz drobniejsze wyjazdy. Zachęcam do komentarzy i "lajkowanie" fanpage'a Lisów. A przede wszystkim życzę miłej lektury.

"Lisy w drodze" wyjechały do Azji w czerwcu 2014 roku.